Rajd Dakar jest wyjątkowy - mówi pierwszy Polski zwycięzca wyścigu

- Na trasie bywały takie odcinki, że momentami myślisz ?tędy nie da się przejechać?, wtedy zamyka się oczy i po prostu daje gaz. Atmosfera jest wyjątkowa, liczba startujących, prestiż, a zwłaszcza fani, których nie ma nigdzie na świecie - opowiada pierwszy polski zwycięzca Dakaru, pochodzący z Olesna Dariusz Rodewald.
Mówi Dariusz Rodewald

Jacek Konopacki: Jakie to uczucie być pierwszym Polakiem, który wygrał Dakar?

Dariusz Rodewald: Przyznam szczerze, że dziwne. Na początku nawet się nad tym nie zastanawiałem, wiedzieliśmy, że prowadzimy i możemy wygrać, ale jakoś to do nas nie docierało. Kiedy przekroczyliśmy metę, zobaczyliśmy kamery, tłumy ludzi - wszyscy się cieszyli, a my nie mogliśmy uwierzyć. Siedzieliśmy jeszcze z dwie minuty w ciszy w kabinie, bo trzeba było się z tym oswoić. Dopiero później do mnie dotarło, że rzeczywiście, jeszcze nikt z Polski nie zajął nigdy pierwszego miejsca w tym rajdzie.

Spodziewaliście się, że tak będzie?

- Wiadomo, że każdy, kto startuje w Dakarze, chce powalczyć przynajmniej o pierwszą dziesiątkę, bo to już jest coś. Nie powiem, że nie myśleliśmy o wygranej, byliśmy bardzo dobrze przygotowani, postawiliśmy wszystko na jedną kartę i pracowaliśmy na to bardzo ciężko. Ostatnie pół roku przed rajdem nie wychodziłem z warsztatu od 7 do 22. Razem z dwoma kolegami, z którymi na stałe pracujemy przy tych samochodach, od rana do nocy dłubaliśmy, a po godz. 16-17 przychodził jeszcze cały team, który już skończył swoją pracę, aby nam jeszcze pomagać. Ostatków przed rajdem to nawet nie chcę wspominać, bo niedziele też zaliczaliśmy w warsztacie, aby wszystko dokończyć. Mieliśmy dużego sponsora - Petronas - i wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik, nie mogło być mowy, że coś z samochodem będzie nie tak.

Zresztą nie tylko z samochodem, chodziliśmy też dwa, trzy razy w tygodniu na siłownię, żeby wzmocnić kręgosłup, poprawić kondycję i być maksymalnie gotowym do rajdu. Aby nie było żadnego ryzyka, bo przecież wyścig musi wytrzymać i samochód, i człowiek.

Jechaliście więc z nastawieniem walki o zwycięstwo?

- Mówiliśmy nawet między sobą, że "jeśli nie uda się w tym roku, to już chyba nigdy się nie uda" (śmiech ). Poszło nawet lepiej, niż się spodziewaliśmy, wystartowaliśmy jako potęga: pięć samochodów rajdowych, do tego sześć ciężarówek serwisowych i dwa jeepy, to jest siła. Założenie było takie, że trzy samochody walczą o najlepszy wynik, a dwa pozostałe im pomagają na trasie, to był taki szybki serwis, zanim dojedzie właściwa ciężarówka naprawcza. Oni jechali dla nas, jak się coś działo, to najpierw nam pomagali, a dopiero później walczyli o swój wynik.

Udało się świetnie, bo wszystkie samochody dojechały do mety, i to z naprawdę dobrymi czasami. Wystarczy powiedzieć, że zajęliśmy dwa pierwsze miejsca i to z dużą przewagą [zwycięzcy o prawie godzinę wyprzedzili drugich na mecie i o prawie dwie - trzecich - przyp. red.]. A szczerze mówiąc, ostatnie dni jechaliśmy spokojnie, bez ryzyka, bo mieliśmy dużą przewagę, a Dakar nie jest dla "nerwusów", to są dwa tygodnie ścigania i trzeba cały czas uważać. Jeden błąd może przecież wykluczyć z wyścigu.

Czy to rzeczywiście wyjątkowy rajd czy po prostu kolejny wyścig jak każdy inny?

- Dakar zawsze będzie Dakarem, chodzi o prestiż, ale nie tylko. Trasa jest bardzo ciężka, zawsze coś zaskakuje, a odcinki są takie, że momentami myślisz "tędy nie da się przejechać", wtedy zamyka się oczy i po prostu daje gaz. Poza tym to największy rajd, najwięcej startujących, no i atmosfera jest wyjątkowa. Takich fanów jak tam nie ma nigdzie na świecie, to są fanatycy. W ostatnim dniu, kiedy już po podium odwiozłem auto na parking i musiałem wracać przez tłum ludzi, szło ze mną czterech ochroniarzy, a i tak myślałem, że mnie rozbiorą. Wszyscy chcieli mnie dotknąć, takiego czegoś nie spotyka się nigdzie.

To był już twój trzeci Dakar, co się zmieniło - poza trasą - co najbardziej zaskoczyło?

- W każdym roku jest coś nowego. Teraz najbardziej zdziwiłem się Peru. Spodziewałem się, że będzie to raczej płaski spokojny teren, a tam sypki piasek, wydmy i bardzo ciężkie odcinki, to był prawdziwy Dakar. Argentyna bardziej nadaje się do rajdów WRC, niektórzy kierowcy mówili, że jechali na odcinku nawet ponad 200 km na godz. (w ciężarówce jest ograniczenie do 150 km/godz.), to nie jest trasa na Dakar - prosta, równa droga jest nudna. My najbardziej lubimy trudne odcinki, to jest najlepsze.

Najtrudniej było jednak w Andach, gdzie trasa szła na wysokości ponad 4 tys. m n.p.m. Sam przejazd jest ciężki, są problemy - boli głowa, pojawiają się wymioty, ciężko oddychać - a co dopiero zmiana opony w takich warunkach, można wypluć płuca. Nam na szczęście udało się przejechać bez przygód, ale od innych słyszałem, że zmieniali koło w ciężarówce prawie dwie godziny.

Największa przygoda na trasie?

- Na jednym odcinku próbowaliśmy ściąć, żeby było szybciej, i nie wyszło to nam na dobre. Niespodziewanie okazało się, że na drodze jest niewidoczny wcześniej rów, głęboki na dwa metry, było już za późno na hamowanie, więc zaryliśmy "dziobem". Już myślałem, że będziemy dachować, bo ciężarówka była niemalże w pionie. Na szczęście utrzymaliśmy się na kołach. Mamy system kamer pod samochodem, a w kabinie są dwa monitorki do podglądu, więc od razu zacząłem sprawdzać, czy wszystkie podzespoły działają, czy nic się nie uszkodziło, bo wtedy trzeba się zatrzymać i naprawiać, a każdy przystanek to przecież strata czasu. Auto było uszkodzone, ale nadawało się do jazdy, więc zapadła szybka decyzja - jedziemy. Było gorąco, ale dotarliśmy do mety bez problemu.

Ale zdarza się, że trzeba naprawiać coś w trakcie ścigania.

- Tak, przeważnie są to jednak szybkie i drobne roboty, a wtedy najważniejsza jest improwizacja. Na wydmach mieliśmy taki przypadek, że uszkodził się włącznik główny prądu i wszystko w samochodzie siadło. Była szybka interwencja, urwałem wszystkie przewody, połączyłem i zaczęło działać, więc pojechaliśmy dalej.

Dopiero na biwaku robi się wszystko tak jak ma być, na trasie nie ma na to czasu, ważne jest tylko, aby dojechać do mety.

Twoja prawdziwa praca zaczyna się tak naprawdę w nocy.

- Tak. Wieczorem to ja jestem odpowiedzialny za samochód, pracuje ze mną na stałe dwóch mechaników, a jeśli jest coś poważniejszego, to jeszcze dwóch specjalistów, ale to ja podejmuję decyzje, co i jak robić. Jedną noc miałem taką, że skończyliśmy naprawę o 6.30 rano, więc przebrałem się tylko w kombinezon rajdowy, położyłem obok samochodu, a pół godziny później wstał kierowca, zbudził mnie i pojechaliśmy na następny odcinek. Średnio spałem na szczęście trochę dłużej, około pięciu godzin.

A co robisz w trakcie jazdy, oczywiście poza ewentualnymi naprawami?

- Steruję systemem ciśnienia opon, w zależności od nawierzchni, i sprawdzam wszystkie liczniki, np. ciśnienia oleju czy grzania silnika. Normalnie nie zwraca się na to uwagi, ale w tak ekstremalnych warunkach wystarczy pozornie niegroźna, najmniejsza awaria, parę minut zagapienia i można zapłacić silnikiem. Cały czas trzeba być skoncentrowanym i dokładnie wszystko kontrolować. Poza tym teraz mamy też wspomniany system kamer, i to także nadzoruję.

W razie czego możesz też prowadzić samochód?

- Tak. Zgodnie z przepisami w ciężarówce musi być druga osoba - poza kierowcą - która ma taką licencję. To na wszelki wypadek, gdyby jemu coś się stało, a ktoś musi dojechać do mety. Miałem już w życiu dwie takie sytuacje, kiedy musiałem dokończyć odcinek, bo kierowcę zabrano.

O licencję nie jest łatwo, bo to nie są tylko same dokumenty, ale także testy fizyczne - czyli pedałowanie na rowerku tak długo, aż padniesz i dodatkowo chyba wszystkie możliwe badania. Nie jest tak, że każdy może sobie pojechać na Dakar.

Auto nie ma przed tobą żadnych tajemnic, jesteś też jego konstruktorem.

- Rzeczywiście, razem z dwoma kolegami na stałe od początku budowy się tym zajmujemy. Szef [Jan de Rooy, menedżer teamu - przyp. red.] wymyśla jakiś patent, udogodnienie, coś nowego, a my wkraczamy do akcji i wprowadzam to w życie.

Już myślicie o kolejnym Dakarze?

- Na początku czeka nas analiza, co się stało na trasie, co się zepsuło, co można zmienić, żeby było lepiej w przyszłości, itd. Będę robił listę wszystkich awarii, błędów, o czym zapomnieliśmy, bo wiadomo, że to zawsze się zdarza. Do kolejnego Dakaru jeszcze daleko, ale myślę, że wystartujemy, a w międzyczasie czekają nas jeszcze inne starty w mniejszych rajdach, to najlepsza okazja, aby wszystko sprawdzić, przetestować siebie i samochód w warunkach bojowych, w stresie i na trasie.