Sport.pl

Od wychowanka do trenera, całe życie z Gwardią

10 lat temu awansował z opolską Gwardią do ekstraklasy jako zawodnik, teraz prowadzi ją w tym samym kierunku jako trener. Marek Jagielski na laurach osiadać jednak nie zamierza
Przede wszystkim chce uniknąć błędów tej drużyny, która wówczas - według niego - nie była przygotowana na taki sukces. - To były zupełnie inne czasy, inne drużyny. My wtedy awansowaliśmy do elity bardzo spontanicznie. To była nasza wola, tzn. zawodników i trenera, ale nie było za bardzo zaplecza finansowo-organizacyjnego. Powstał jednak zespół, który sportowo na to zasłużył - wspomina i jednocześnie podkreśla, że miało to tragiczne skutki.

Opolanie w elicie grali bowiem bardzo słabo, wygrywali z rzadka i po jednym sezonie spadli do I ligi. Niewiele brakowało, a zespół przestałby wówczas istnieć. - Ten awans wtedy i ta chęć teraz to dwie zupełnie różne sprawy. Teraz wszystko opiera się na solidnych podstawach - zaznacza szkoleniowiec gwardzistów. W klubie wyciągnięto wnioski z wydarzeń sprzed dekady i teraz taka sytuacja nie może się powtórzyć. - Wtedy nie dość, że się nie wzmocniliśmy, to jeszcze się osłabiliśmy, teraz nie wolno tego zrobić. Mamy rozeznanie na przykładzie innych zespołów, które awansowały wcześniej. Widać, że te, które się nie wzmacniają, od razu mają problemy. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że wygrać I ligę to jedno, ale Superliga to już zupełnie inne rozgrywki - wyjaśnia Jagielski i podkreśla, że w kadrze potrzebnych jest jeszcze kilku doświadczonych zawodników, którzy mają za sobą występy w elicie. - Może i umiejętności nie mają dużo wyższych, ale mają to coś, co daje im pewność siebie i w trudnych momentach pozwala przechylić losy pojedynku na swoją korzyść - tłumaczy i precyzuje, że najlepiej byłoby dokooptować do kadry zespołu trzech doświadczonych i dwóch młodych szczypiornistów.

Kibice już się szykują

Na awans gotowi są także opolscy fani szczypiorniaka, którzy w sobotę - podczas meczu ze Śląskiem Wrocław - udowodnili, że chcą oglądać sport na najwyższym poziomie. W hali przy ul. Kowalskiej pojawiły się takie tłumy, że ludzie oglądali spotkanie, stojąc na... parapetach. - Dostaliśmy impuls, że jest zapotrzebowanie, a jeżeli uda się awansować i stworzy się zespół, który będzie sobie jakoś radził, to myślę, że ludzie z chęcią będą przychodzić popatrzeć na zawodników znanych z telewizji czy meczów reprezentacji. Nie może być jednak tak, że nasz zespół będzie wszystko przegrywał, dlatego musimy zrobić wszystko, aby w bardzo trudnym pierwszym roku utrzymać się w ekstraklasie - podkreśla.

Chcą grać jak Barcelona

Jagielski zauważa, że w dzisiejszych czasach piłka ręczna poszła w kierunku szybkości i dynamiki, co ułatwiły nieco zmiany w przepisach. Szybka gra do przodu, wysokie strefy obronne, które sprzyjają grze z kontry, to wszystko sprawiło, że w meczu pada więcej bramek niż kiedyś, a gra stała się bardziej widowiskowa. - Dlatego też zespół składający się z siedmiu, ośmiu zawodników nie ma szans. Musi być szeroka ławka, i to taka, która gwarantuje wysoki poziom. To nie mogą być dwie zróżnicowane siódemki, ale w miarę wyrównane, co widać dobrze po naszym zespole. W takim tempie nie sposób grać przez 60 minut bez przerwy, po prostu nie da się wytrwać - komentuje szkoleniowiec.

Osobiście najbardziej podobają mu się drużyny, które stawiają na twardą obronę i permanentną grę do przodu, nawet za cenę podejmowania ryzyka, strat i zmęczenia. Podaje przy tym przykłady takich ekip jak THW Kiel i FC Barcelona. - Nie ma się co porównywać, ale z zachowaniem proporcji chcielibyśmy grać tak jak oni. Z tego potencjału, jaki się ma, trzeba wyciągnąć to, co najlepsze. Ja dalej zwracam uwagę na defensywę, którą mamy coraz lepszą, natomiast bardzo wzrósł nasz potencjał w ataku - zauważa.

Co nie mniej ważne, w klubie sporo zmieniło się na lepsze także w kwestiach finansowych. Opolscy szczypiorniści zarabiają lepiej niż kiedyś, choć część z nich poza grą musi także pracować zawodowo. - Myślę, że po awansie proporcje mogą się nieco zmienić, ale na pewno nie na całkowite zawodowstwo, bo przynajmniej na razie takich pieniędzy nie mamy. A przecież sporo z tych zawodników ma rodziny i muszą sobie jakoś radzić. Nie oznacza to jednak, że piłkarze ręczni trenują mniej niż w innych dyscyplinach, gdzie pieniędzy jest znacznie więcej.

Skazany na szczypiorniaka

Choć w młodości Jagielski trenował także piłkę nożną i badmintona, postawił na piłkę ręczną. - To bardziej ona wybrała mnie niż ja ją - śmieje się - Kończyłem podstawówkę na osiedlu Dambonia, a była to szkoła, gdzie były klasy sportowe właśnie z piłką ręczną. Mieliśmy po sześć godzin WF plus SKS. To się zgrywało jakoś z treningami w klubie, brnąłem w to coraz bardziej i tak już zostało - opowiada wychowanek Gwardii, który szybko trafił pod skrzydła swojego obecnego asystenta Henryka Zajączkowskiego, a ten stworzył świetną grupę zawodników, którzy szybko zostali mistrzami Polski młodzików. Zresztą jego rocznik był bardzo utytułowany i praktycznie każdy sezon kończył z sukcesami. Nie ma się co dziwić, wszak w kadrze byli m.in. późniejsi reprezentanci Polski Piotr Przybecki i Arkadiusz Błacha.

Ten pierwszy z Gwardii trafił do Śląska Wrocław, a drugi do Iskry (dzisiejsze Vive Targi) Kielce. Po Jagielskiego zgłosiła się z kolei silna wówczas Anilana Łódź. - Teraz jest tak, że skauci i prezesi siedzą na takiej imprezie i praktycznie z miejsca podpisują kontrakty. Wtedy tak nie było i jakakolwiek propozycja wydawała się czymś niezwykłym. Tak było też w naszym przypadku - wspomina.

Po dwóch latach spędzonych w Łodzi przeniósł się do holenderskiego Emmen en Omgeving Handbalvereniging, gdzie grał pięć sezonów i zdobył m.in. wicemistrzostwo kraju. Walczył także o udział w Lidze Mistrzów, jednak zespół trafił na bardzo silny Celje Pivovarne Lasko i zdecydowanie poległ. Jagielski ten czas wspomina bardzo miło, podobnie jak epizod... w reprezentacji Holandii. - Mój trener klubowy był także drugim szkoleniowcem tamtejszej kadry. Podczas jednego z ich zgrupowań, posypał się im skład, a mieli zaplanowane sparingi z Niemcami. Dlatego zadzwonił z propozycją gry, ja się stawiłem i zagrałem, choć to były oczywiście mecze nieoficjalne, więc mogłem sobie na to pozwolić - opowiada z uśmiechem. Później występował jeszcze w zespołach niższych lig niemieckich.

Na parkiecie jego znakiem firmowym był rzut z biodra. - Jako junior byłem środkowym rozgrywającym, a ta pozycja - jako że tam strefa obronna rywali jest obniżona - predysponuje do tego, by wykonać właśnie takie zagranie. Później z konieczności grałem na lewym rozegraniu. Nigdy nie byłem zawodnikiem specjalnie skocznym, więc trudno mi było przerzucić blok, dlatego próbowałem szczęścia w ten sam sposób. Jeżeli nie możesz przerzucić bloku, to spróbuj go oszukać - wyjaśnia.

Od wychowanka do trenera

W 2002 roku powrócił z zagranicznych wojaży do Opola i awansował z Gwardią - jako zawodnik - do ekstraklasy. Później występował jeszcze w elicie, po czym został najpierw asystentem, a potem pierwszym trenerem, którą to funkcję pełni do dziś. Teraz jest o krok od kolejnego awansu, tym razem już jako szkoleniowiec.

Od 16 lat jest żonaty, ma dwie córki: Martynę, która wyjeżdżała z nim wszędzie, gdzie grał, oraz Oliwię, która urodziła się już po powrocie do rodzinnego miasta. Obecnie pracuje jako nauczyciel wychowania fizycznego w PG 6, gdzie także zachęca do uprawiania swojej ukochanej dyscypliny. - Każdy sport kształtuje charakter, to jest rzecz bezwzględna. A piłka ręczna dodatkowo wszechstronnie rozwija. Po pierwsze, siłę charakteru, bo to jest gra zespołowa, kontaktowa, z elementami sportów walki. Jest w niej wszystko. Jedyny minus to to, że nie ma z niej kokosów, ale chyba u młodego człowieka to raczej nie jest najważniejszy argument - podsumowuje.

Więcej o: