Kiedyś opiekował się Justyną Kowalczyk teraz dba o Zaksę

Od trzech lat jest fizjoterapeutą siatkarzy Zaksy Kędzierzyn-Koźle, wcześniej przez półtora roku odpowiadał za odnowę biologiczną Justyny Kowalczyk. Paweł Brandt, o którym mowa, wierzy, że nasza wielka narciarka szybko się odrodzi i w sobotę zdobędzie medal mistrzostw świata
- Mimo że już z nią nie pracuję, to ciągle jej kibicuję i trzymam za nią kciuki. Wierzę, że w sobotę w Val di Fiemme uda jej się stanąć na podium. Co prawda źle zaczęła starty we Włoszech i miała upadek, ale myślę, że jak ochłonie, to będzie zdecydowanie lepiej. Widać zresztą, że jest w formie, do tego dystans 30 km zawsze był jej mocną stroną. Wierzę, że się wszystko poukłada - nie kryje optymizmu Brandt.

Chuchał i dmuchał na Justynę...

Fizjoterapeuta Zaksy wcześniej miał okazję pracować także m.in. z pierwszą i drugą drużyną siatkarskiej reprezentacji Polski kobiet i kadrą polskich lekkoatletów, a posadę u czołowej narciarki świata znalazł dzięki Aleksandrowi Bieleckiemu, który przed nim opiekował się kędzierzyńskimi siatkarzami. - On właściwie pokazywał mi cały ten świat medycyny sportowej. Szkoliłem się przy nim i kiedy pojawiła się propozycja ze sztabu Justyny, uznał, że jestem mocny i sobie poradzę - opowiada absolwent AWF w Katowicach. Jednocześnie wspomina, że gdy zaczynał współpracę z Kowalczyk, nie miała ona jeszcze tak mocnej pozycji w świecie polskiego sportu. - To była końcówka 2008 roku. Widziałem, kim ona jest, ale nie widziałem wszystkich jej startów, nie było też takiego boomu na nią. Telewizja publiczna praktycznie nie pokazywała jej wyścigów, a szczątkowe relacje można było zobaczyć jedynie na Eurosporcie - przypomina.

Potem zaczęło się prawdziwe szaleństwo na punkcie Kowalczyk, ale też wzmożony okres pracy Brandta. - Zakres obowiązków był w sumie podobny do tego, jaki mam teraz, ale w jej przypadku była zdecydowanie większa presja. Bo jeśli np. któremuś z siatkarzy coś się stanie, to zawsze może wejść kolega z ławki i go odciążyć. Natomiast u Justyny nie można było sobie pozwolić na żadną kontuzję, bo przecież przez cały sezon biegała i nie opuściła żadnego startu. Dlatego też trzeba był na nią chuchać, dmuchać i robić wszystko, żeby zniwelować ryzyko nawet najmniejszego urazu. Zresztą jest to całkowicie normalne, jeśli chodzi o sporty indywidualne - zaznacza nasz specjalista w zakresie odnowy biologicznej. Przyznaje przy tym, że Kowalczyk nie była specjalnie wymagającą podopieczną.

Z jednej strony praca z mistrzynią olimpijską była dla niego zaszczytem, z drugiej kosztowała go sporo wyrzeczeń, choćby dlatego, że przez znaczną część roku był poza domem. - Niejednokrotnie wyjeżdżało się na trzy tygodnie, ale czasem nawet i na osiem. Jak choćby wtedy, kiedy z Pucharu Świata w Kanadzie przenieśliśmy się na igrzyska olimpijskie. Ta rozłąka była naprawdę długa i dawała w kość. Najbardziej męczyły jednak długie podróże, bo po całej Europie podróżowaliśmy samochodami, a liczba przejechanych kilometrów była naprawdę ogromna - opowiada Brandt i zaznacza, że team Justyny rzadko korzystał z samolotów, bowiem podczas lotów nasza biegaczka szybko łapała infekcje, m.in. z powodu klimatyzacji w samolotach i na lotniskach. - Ta ciągła podróż i kilometry autostrady przed i za nami to jedna z rzeczy, które najbardziej zapamiętałem - wyjaśnia.

...a teraz uważa na siatkarzy

Brandt postanowił znaleźć pracę bliżej domu, a ponieważ pochodzi ze Strzelec Opolskich, przeniósł się do nieodległego Kędzierzyna-Koźla, gdzie zastąpił na stanowisku wielkiego specjalistę w tej dziedzinie Aleksandra Bieleckiego. - Pracując z Justyną, miałem większy komfort, bo musiałem się opiekować tylko jedną zawodniczką, a tutaj mamy 12 chłopa i przede wszystkim większe gabaryty - tłumaczy z przymrużeniem oka Brandt. Zaraz dodaje, że nie tylko dlatego obecna praca jest inna, są też inne obciążenia sportowców. - Na śniegu uprawia się ślizg na nartach, nie ma ciągłego skakania, czyli tego, co właściwie niszczy kręgosłupy i kolana siatkarzy. W dodatku niektórzy ważą po 100 kg. Jak się doda do tego wyskok w granicach 70-100 cm mnożony przez ilość, to nic dziwnego, że wielu ma kłopoty - tłumaczy.

Dlatego razem z drugim fizjoterapeutą Zaksy, Remigiuszem Kotelukiem, pracuje nad tym, żeby tych urazów było jak najmniej. Niweluje ryzyko poprzez masaże, elementy terapii manualnej, zabiegi odnowy biologicznej, słowem: pracy jest mnóstwo. - Czasami się śmieję, że jesteśmy od wszystkiego i od niczego. Staramy się pomagać chłopakom już od etapu zwykłego przeziębienia po poważne problemy z kręgosłupem czy kolanami - mówi Brandt i przyznaje, że najwięcej pracy jest po meczach i treningach. Z drugiej strony, gdy ktoś jest kontuzjowany, to pracuje się z nim cały czas. - Bardzo ważne jest indywidualne podejście. Jeżeli ktoś tego potrzebuje, to natychmiast rozpoczynamy nad nim zabiegi i dbamy o to, żeby jak najszybciej wrócił na boisko - zaznacza i zauważa, że to wszystko kumuluje się zwłaszcza wtedy, gdy zaczynają się play-offy albo różnego rodzaju turnieje, kiedy gra się z dnia na dzień.

- Mało jest wtedy czasu na zregenerowanie sił i odnowę. Niejednokrotnie gramy mecze późno, a potem bardzo często siedzimy przy stole do masowania do pierwszej, a nawet drugiej w nocy. Wszystko po to, żeby postawić chłopaków na nogi, żeby następnego dnia mogli normalnie grać i wejść w mecz na pełnych obrotach - kończy Brandt.