Bonk: Chodzę na siłownię, ale to nie są prawdziwe treningi

Mówi brązowy medalista igrzysk w Londynie Bartłomiej Bonk. Jak przyznaje, do prawdziwego dźwigania na razie nie ma głowy, a swój czas spędza głównie w samochodzie, którym jeździ do szpitala, by odwiedzić chorą córeczkę.
Przypomnijmy, że pod koniec ubiegłego roku w opolskim szpitalu ginekologiczno-położniczym na świat przyszły bliźniaczki Maja i Julia Bonk. Niestety, druga z dziewczynek urodziła się poważnie niedotleniona. Dyrekcja placówki powołała wewnątrzszpitalną komisję do wyjaśnienia przyczyn dramatu. Ta uznała, że podczas prowadzenia porodu lekarze popełnili poważne błędy, a w związku z tym ordynator oddziału patologii ciąży dr Bronisław Łabiak oraz jego zastępczyni dr Hanna Żwirska-Lembrych stracili stanowiska. Bartłomiej Bonk pozwał szpital, walczy o odszkodowanie, a - jak podkreśla - zwłaszcza o to, aby lekarze nie popełniali więcej takich błędów.

Choć od porodu minęły już ponad trzy miesiące, maleńka Julcia cały czas wymaga intensywnej opieki lekarskiej i wciąż przebywa w szpitalu. Początkowo leżała w opolskim WCM-ie, później również w Katowicach i we Wrocławiu, a obecnie jest w Krakowie. - Niestety, jej stan nie uległ żadnej poprawie, ciągle jest bardzo ciężki, a lekarze nie dają nam żadnych szans, że kiedyś będzie lepiej - opowiada załamany Bonk. Nic dziwnego, że brązowy medalista olimpiady w Londynie nie ma teraz czasu ani głowy do treningów. - Ciągle jeżdżę po szpitalach, ale staram się chodzić na siłownię, aby nie stracić zupełnie kontaktu z ciężarami. Nie można jednak nazwać tego prawdziwymi treningami - mówi.

Pod koniec marca wydawało się, że Bonk wróci na pomost. Był już nawet w awizowanym składzie Budowlanych na pierwszy rzut drużynowych mistrzostw Polski w Polkowicach, ale ostatecznie pojechał tam... jako trener. Zastąpił go 19-letni Sebastian Hoim. - Forma poszła w dół i jestem obecnie za słaby na taki start. Podjąłem więc decyzję, że lepiej będzie, jeśli wystąpi ktoś inny. Może uda mi się przygotować już na drugi rzut, który odbędzie się w czerwcu - zastanawia się sztangista Budowlanych Opole.

Z tego samego powodu nie poleci on także do Tirany, gdzie w poniedziałek rozpoczną się mistrzostwa Europy. - Co prawda wcześniej nie byłem brany pod uwagę na te zawody, ale kadra się posypała i gdybym był w formie, to kto wie, czy bym tam jednak nie wystartował - tłumaczy Bonk. To pierwszy duży międzynarodowy turniej od igrzysk w Londynie, ale nasza reprezentacja wystąpi wyjątkowo osłabiona. Poza Bonkiem nie polecą bowiem także m.in. mistrz olimpijski Adrian Zieliński i trzykrotny mistrz świata Marcin Dołęga, którzy leczą kontuzje.

W tej sytuacji może się okazać, że biało-czerwoni, którzy zdobyli dwa medale olimpijskie, z zawodów znacznie niższej rangi, jakimi są ME, nie przywiozą żadnego krążka. Naszą największą nadzieją na podium w stolicy Albanii jest inny zawodnik Budowlanych Kornel Czekiel. Poza nim w Tiranie wystartuje jeszcze jeden opolanin Damian Kuczyński, ale jego szanse na podium - podobnie jak pozostałych polskich sztangistów i sztangistek - są niewielkie.

Mistrzostwa Starego Kontynentu to jednak tylko przetarcie przed najważniejszą imprezą w tym roku, czyli mistrzostwami świata, które odbędą się pod koniec października. Zawody będą szczególne dla naszych reprezentantów, bowiem odbędą się w Polsce. Początkowo planowano je rozegrać w Warszawie, ale wszystko wskazuje na to, że ostatecznie odbędą się one we Wrocławiu.

Bonk planuje, że do tego czasu będzie już w optymalnej formie. - Trudno powiedzieć, czy dam radę się przygotować, ale będę się starał. Minimum to co najmniej trzy miesiące bardzo ciężkich treningów, mam nadzieję, że będę miał na to czas - kończy opolski sztangista.