Kukuś to był twardziel. Wielka postać Gwardii i kawał historii handballu

Jurek Klempel miał wielki charakter, a tylko tacy ludzie w sporcie mogą tak wiele osiągnąć - mówi Antoni Przybecki o swym fenomenalnym koledze z boiska, którego imię otrzymała hala Gwardii
Jerzy Klempel



Łukasz Baliński: Jak się poznaliście z Jerzym Klempelem?

Antoni Przybecki, były gwardzista, reprezentant Polski, później trener: - Przyszedł do nas jako chudy chłopaczek, który był wcześniej znany z tego, że świetnie grał w hokeja. Miał 17 lat. Szybko udowodnił, że jak najbardziej się do nas nadaje. Do tego pomimo swoich niebywałych umiejętności był bardzo lubiany.

Nie tylko piłka ręczna wówczas go zajmowała. Bo był też ten wspomniany hokej.

- Jak poszedłem z nim na lodowisko i zobaczyłem, jak jeździ, to aż nie mogłem w to uwierzyć. Podejrzewam, że gdyby poszedł w ten sport, to również osiągnąłby sukces. Zresztą cała Pasieka, na której mieszkał, grała w hokeja i miała świetną ekipę.

Dlaczego zatem zdecydował się właśnie na szczypiorniaka?

- Trudno powiedzieć, ale chyba ten klimat wokół naszej drużyny. Warunki finansowe były słabe, ale do Gwardii przyciągnęło go środowisko. Byliśmy biedni, ale stanowiliśmy zgraną paczkę. On był jednym z najmłodszych wśród nas, dużo mu pomagaliśmy i może to zadecydowało.

Późno zaczął, ale sukcesy przyszły szybko. To musiał być wrodzony talent.

- Rozwijał się niesamowicie szybko, ale przy tym ciężko pracował, a na dodatek wszystko to sprawiało mu dużą przyjemność. Nieraz na treningach bez opamiętania trenował siłę i precyzję rzutu. A gdy doszły powołania do reprezentacji, wyjazdy na olimpiadę i mistrzostwa świata, to niemal wszystko podporządkował piłce ręcznej. Trenował nawet po osiem razy w tygodniu.

Z czego wynikał ten jego fenomen?

- Nie miał może jakiejś fenomenalnej techniki, nie rozprowadzał w jakiś genialny sposób gry, ale on miał przede wszystkim rzucać, a z tego zadania wywiązywał się genialnie.

Nie dało się go najzwyczajniej upilnować?

- Radził sobie z najlepszymi "plastrami". Potrafił ich sprytnie wymanewrować. Do tego wręcz domagał się tego, by brać odpowiedzialność na siebie. Swoją grą potrafił wzbudzić zaufanie i gdy dochodziło do decydujących akcji, to koledzy nie bali się mu podawać. Miał wielki charakter, a tylko tacy ludzie w sporcie mogą osiągnąć tak wiele. Kiedyś nawet w jakimś meczu kilka sekund przed końcem huknął z połowy, bo wiedział, że już nie starczy czasu, i zdobył gola. Co to był wtedy za szał na trybunach... Zresztą doskonale wiedział, jak grać pod publikę, i potrafił zrobić niezły show.

Szczególnie dawał się we znaki bramkarzom przy rzutach karnych.

- To był jego popis. Potrafił je strzelać na przeróżne sposoby. Raz pamiętam, że kiedyś tak zakręcił jednym golkiperem, że ten już poszedł szukać piłki w bramce, a Jurek miał ją cały czas w ręce i zawołał go by wrócił na pozycję. Ten zrezygnowany jednak już nie podjął wyzwania (śmiech ).

Poradziłby sobie w dzisiejszym szczypiorniaku?

- Na pewno. Piłka ręczna co prawda stała się bardziej brutalna, ale Jurek Klempel nigdy nie bał się twardej gry. To był zakapior. Potrafił oddać, jak ktoś mu się za bardzo dawał we znaki. Do tego był niesamowicie silny. Na rękę to i wielu siłaczy nie mogło mu dać rady.

Reprezentacja Polski zawdzięcza mu wiele.

- Gra w niej to był dla niego prawdziwy honor i zaszczyt. Przeżywał strasznie wyjazdy na zgrupowania, a potem na turnieje mistrzowskie i cieszył się jak dziecko z sukcesów. Tym bardziej że były one wywalczone po ogromnej walce. Był bardzo ambitny, dlatego też miał ogromny żal, że nie pojechał nawet na zastępczy turniej za olimpiadę Przyjaźń 84. Tam jednak Polska za wiele nie zdziałała. Przeżywał niesamowicie, tym bardziej że był wtedy w formie. Ekipa była kapitalna, ale brakowało takiego bombardiera jak Kukuś.

Tyle lat spędził w czołowej niemieckiej drużynie, to chyba też o czymś świadczy.

- Jak go Niemcy zobaczyli podczas któregoś z meczów w ramach europejskich pucharów, to od razu chcieli mieć go w swojej lidze, ale to były inne czasy i z tym nie było tak łatwo. Musiał jeszcze kilka lat przeczekać. Jak już tam trafił, to pokazał, że jest gość. Trzy razy był królem strzelców Bundesligi, a to nie byle wyczyn. A już 19 bramek w jednym meczu to było coś niesamowitego. Niemcy bardzo chcieli pobić ten rekord, jaki wyśrubował im Polak. Udało im się dopiero po 25 latach. Szanowali go tam bardzo.

Z Gwardii odszedł szybko, ale cały czas przejmował się jej losem...

- Jak tylko miał czas, to zjeżdżał do Opola, tutaj miał kolegów, tutaj wszyscy go kochali. Wrocław bardzo lubił, ale Opole było jego miastem. Potrafił przyjechać tylko na noc po meczu, żeby posiedzieć parę godzin. Zresztą ze względu na niego mój syn [Piotr Przybecki, były reprezentant Polski, od blisko 18 lat występuje w Niemczech - przyp. red.] poszedł właśnie do Śląska.

Śmiertelna choroba też go nie zmieniła. Do końca starał się cieszyć życiem.

- Nigdy nie tracił pogody ducha. Gdy go odwiedziliśmy w szpitalu, to nawet siedząc na wózku, pytał, co robimy. Dla nas wtedy to był szok. Przecież pamiętaliśmy go jako chłopa na schwał... Wszyscy mieli łzy w oczach. On jednak się tą chorobą nie przejmował. Myślał, że może ją pokonać tak jak przeciwnika na boisku.

Na jego pogrzeb do Opola przyjechało wielu kolegów z boiska, trenerzy z profesorem Januszem Czerwińskim [poprowadził narodową drużynę w 1976 roku w Montrealu do brązowego medalu olimpijskiego - przyp. red.]. Został tak uhonorowany, jak na to zasłużył.

Teraz po raz kolejny zostanie upamiętniony...

- Nadanie hali Gwardii jego imienia to idealny wybór. Kukuś zasłużył na to jak nikt inny. Ja się pod tym podpisuję obiema rękami.