Opolska legenda kobiecego tenisa. Co dzisiaj robi?

Choć karierę zakończyła osiem lat temu, wciąż jest uznawana za jedną z najlepszych polskich tenisistek w historii. Pochodząca z Kędzierzyna-Koźla Anna Bieleń-Żarska w przeszłości grała w największych turniejach świata, dziś uczy tenisa w USA.
Kędzierzynianka w wieku 14 lat zdobyła pierwsze mistrzostwo Polski seniorek! W 2000 roku osiągnęła swoją najwyższą - 146. pozycję - w rankingu WTA, a rok później była 176. w WTA w deblu.

W dorobku ma wiele medali zdobytych z reprezentacją w mistrzostwach Europy. Karierę zakończyła w 2005 roku, a niedługo później wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, gdzie od 2007 pracuje jako trenerka w Robbie Wagners Tournament Training Center na Long Island, w jednej z najlepszych akademii tenisowych w Nowym Jorku i na Wschodnim Wybrzeżu

Rozmowa z Anną Bieleń-Żarską:

Łukasz Baliński: Kiedy pani zaczynała, tenis nie należał do najpopularniejszych dyscyplin sportu w naszym kraju...

Anna Bieleń-Żarska: Moi rodzice od zawsze chcieli, żebym uprawiała sport. Początkowo próbowałam różnych dyscyplin, ale już w wieku 10 lat okazało się, że jestem bardzo dobra właśnie w tej. Kiedy miałam 11 lat, byłam już numerem cztery w Polsce do lat 12, więc decyzja była jednoznaczna: tenis!

Nie kusiło, by spróbować szczęścia w innej dyscyplinie? W rodzinnym Kędzierzynie-Koźlu króluje siatkówka.

- Zgodnie z tym, co mówią najlepsi trenerzy na świecie, aby odnieść sukces w tenisie, trzeba być "najlepszym sportowcem w mieście" w różnych dyscyplinach. W moim przypadku trochę się to sprawdziło, uprawiałam początkowo wiele sportów: choćby jazdę na łyżwach, piłkę nożną, tenis stołowy, badminton czy biegi przełajowe. W tych ostatnich wygrałam nawet mistrzostwa miasta, a później mistrzostwa rejonu podstawówek. Jednak kiedy trzeba było podjąć ostateczną decyzję, w czym się specjalizować, wspólnie z rodzicami wybraliśmy tenis.

I w tym sporcie udało się zaistnieć. Osiągnęła pani bardzo wysoką, 146. pozycję w rankingu światowym. Czy była szansa przebić się jeszcze wyżej?

- Na pewno miałam potencjał co najmniej na pierwszą "50". Zabrakło męskiej decyzji i znajomości, aby wyjechać za granicę i przynajmniej przez jakąś część roku trenować z czołowymi na świecie. W wieku 19 lat miałam propozycje od trenerki Amelie Mauresmo [była nr 1 na świecie - przyp. red.], aby przeprowadzić się do Francji i trenować w jej teamie. Niestety, ostatecznie z niej nie skorzystałam.

Co było pani największym wydarzeniem w karierze?

- Najlepiej wspominam wygranie dwóch zawodowych turniejów z rzędu: w Poznaniu z pulą nagród 10 tys. dol. i w Sopocie z pulą 25 tys. dol. Także turniej z 75 tys. dol. we Francji, gdzie po raz pierwszy pokonałam zawodniczkę z pierwszej "50" WTA. 

Zakończyła pani karierę w wieku zaledwie 26 lat. Co było powodem tak radykalnej decyzji?

- Zaczęłam grać w profesjonalnych turniejach bardzo wcześnie, bo już w wieku 13 lat, więc moja kariera była stosunkowo długa. Jednakże jak wspomniałam, w pewnym momencie zabrakło możliwości współpracy z czołowymi tenisistkami i trenerami. Poza tym od zawsze interesowała mnie również kariera trenerska i myślę, że był to bardzo udany wybór.

Skąd pomysł na to, żeby pracować właśnie w Stanach Zjednoczonych?

- Podczas wakacji w Nowym Jorku parę lat temu pojawiło się wiele ofert pracy. W Stanach brakuje trenerów z doświadczeniem WTA i ATP. System amerykański jest idealnie zbudowany dla zawodników, którzy po karierze juniorskiej rywalizują w rozgrywkach uniwersyteckich. Natomiast, zwłaszcza w samym Nowym Jorku i na Wschodnim Wybrzeżu, brakuje trenerów i szkolenia dla tych, którzy chcą osiągnąć sukces w profesjonalnym tenisie. Dlatego pomimo znakomitego zaplecza treningowego w pierwszej setce WTA i ATP jest mniej niż 10 Amerykanów. Celem tamtejszego związku tenisowego jest znaczne zwiększenie tej liczby. Stąd w Nowym Jorku ogromne zainteresowanie moją osobą, ponieważ - nieskromnie dodam - że na Wschodnim Wybrzeżu jestem jedną z bardzo niewielu trenerek, które mają doświadczenie jako byłe zawodniczki powyżej 150. miejsca WTA. Poza tym mam najlepsze certyfikaty trenerskie i dziewięcioletnie już doświadczenie trenerskie.

Jakimi sukcesami może się pani pochwalić na tym polu? Z tego co wiem, to jedna z pani podopiecznych jest jedną z najlepszych juniorek w USA.

- Pracuję w jednej z największych akademii tenisowych w Nowym Jorku. Trenuję juniorów oraz zawodników startujących w turniejach ITF, WTA i ATP. Moja najlepsza podopieczna jest 19. w Stanach w swojej kategorii wiekowej i zdobywa już punkty WTA. Mamy znakomity program treningowy oraz fantastyczne zaplecze: 17 kortów halowych, 13 na mączce i czterech twardych. Najlepszy zawodnik naszej akademii Scott Lipsky wygrał Roland Garros w mikście.

Ma pani uprawnienia do trenowania tylko juniorek czy może prowadzić także doświadczone tenisistki?

- Mogę prowadzić zawodników na każdym szczeblu. Cztery z moich podopiecznych, pomimo młodego wieku, startują już w profesjonalnych turniejach z pulą nagród 10, 25 i 50 tys. dol. Mimo iż uważam, że tak jak w wielu innych sportach na najwyższym szczeblu w pracy z zawodnikami wyczynowymi najbardziej sprawdzają się byli zawodnicy, to absolutnie stawiam również na wiedzę i zdobywanie uprawnień trenerskich. Mam najwyższe uprawnienia USPTA 1 oraz USTA High Performance Coach & Specialist in Competitive Player Development. Parę dni temu otrzymałam list gratulacyjny oznajmiający, że dostałam się do elitarnego programu trenerskiego, który odbędzie się podczas tegorocznego US Open. Zakwalifikowało się do niego tylko 20 szkoleniowców z całych Stanów. To wspaniałe wyróżnienie i wielki krok w mojej karierze trenerskiej.

Wiem skądinąd, iż trenowała pani także Justynę Jegiołkę, następczynię w naszym regionie. Ma ona jeszcze szansę dotrzeć do wyższych pozycji niż aktualnie zajmuje?

- Zdecydowanie tak. Justyna to bardzo utalentowana zawodniczka i na pewno ma szanse przebić się wyżej. Poziom w tenisie jest bardzo wyrównany, zwłaszcza u kobiet. Kto jest na 200.-300. pozycji, może być i na 100. Różnica nie jest aż tak duża. Uważam, że Justyna powinna spróbować treningów za granicą, podobnie jak np. nasi czołowi zawodnicy: numer 10. na świecie w deblu Mariusz Fyrstenberg czy ćwierćfinalista Wimbledonu Łukasz Kubot.

Widać, że wciąż interesuje się pani polskim tenisem. Śledziła pani wydarzenia na Wimbledonie?

- Oczywiście. Zawsze śledzę najnowsze wyniki i oglądam turnieje. Z wieloma obecnymi zawodnikami, jak Marta Domachowska, Alicja Rosolska, Klaudia Jans, Marcin Matkowski, Fyrstenberg czy Kubot, znam się od wielu, wielu lat i cały czas im kibicuję.

Radwańska i Janowicz kreowani są na przyszłe rakiety numer jeden na świecie. Za oceanem też ich tak cenią?

- Każdy kraj najpierw ceni swoich zawodników, a później obcokrajowców, ale zdecydowanie zarówno Agnieszka, jak i "Jerzyk" zdobywają coraz większą popularność, zwłaszcza po ostatnich wynikach na Wimbledonie.

Pani znajomi ze środowiska tenisowego jakoś komentują te sukcesy?

- Jesteśmy bardzo dumni, tym bardziej że jako trenerzy lub zawodnicy wiemy, jak wiele pracy i poświęcenia kosztuje dojście do takich wyników.

Rzeczywiście są w stanie wygrać turnieje Wielkiego Szlema? Kto z nich może dokonać tego jako pierwszy?

- Zdecydowanie oboje mają na to szanse. Agnieszka, co nie jest łatwe, potrafi grać bardzo równo przez cały sezon. Prezentuje doskonały techniczny tenis, tak jak kiedyś np. Martina Hingis. Według mnie największe szanse będzie miała na mączce lub na jej ulubionej nawierzchni trawiastej. "Jerzyk" gra tenis bardzo ofensywny, z potężnym serwisem, obstawiam, że on z kolei największe szanse będzie miał na nawierzchni twardej: US Open lub Australian Open. Czy już w tym roku? Zobaczymy, będę trzymała kciuki!

W jaką stronę zmierza żeński tenis? Coraz więcej będzie w nim siły czy jednak technika się obroni?

- Kobiecy tenis idzie w stronę bardziej ofensywną, ale też technika zawsze się obroni i pomoże osiągnąć sukces. Proszę tylko spojrzeć na Radwańską, która pomimo wielu mocnych fizycznie i agresywnie grających przeciwniczek potrafi od dłuższego czasu utrzymać się w piątce na świecie. 

Mamy obecnie złotą erę polskiego tenisa. Dlaczego tak długo czekaliśmy?

- Tegoroczne półfinały Radwańskiej i Janowicza na Wimbledonie to zdecydowanie największe sukcesy naszego tenisa. Warto jednak pamiętać, ze historia tenisa profesjonalnego jest stosunkowo młoda. Związek ATP powstał w 1970 roku, a WTA w 1973. Teraz różnice się wyrównały, ale lata temu Polska i inne kraje wschodniej Europy były zdecydowanie w tyle za krajami zachodnimi czy na przykład USA. Podobnie było w tenisie. Sukcesy były już dawno, jak chociażby pierwsza "50" Magdaleny Grzybowskiej czy Katarzyny Nowak, czy pierwsza "150" osiągnięte przeze mnie, Joannę Sakowicz czy Aleksandrę Olszę. Różnica jest tylko taka, że paręnaście lat temu nie było dostępu do internetu czy nawet telefonów komórkowych, a wszystko było znacznie trudniejsze. Podróże, brak wiedzy, trudności w kupieniu dobrego sprzętu. Ciężko było zdobyć również jakiekolwiek informacje na temat czołowych rywalek, techniki, czy ćwiczeń treningowych. Teraz wiele rzeczy jest ogólnie dostępnych, wystarczy włączyć YouTube i wszystko jest w zasięgu ręki.

Rozmawiał Łukasz Baliński

Zobacz także
  • Polski książę futbolu amerykańskiego - dramatyczna historia opolanina, który stał się legendą sportu w USA