Bonk jest prawdziwym mistrzem [KOMENTARZ]

Bartłomiej Bonk pokazał wczoraj na pomoście MŚ, że jest najwyższej klasy sportowcem. Dobitnie udowodnił, że medal na igrzyskach w Londynie bynajmniej nie był dziełem przypadku, jak twierdzili niektórzy, zwracając uwagę na to, że główny faworyt wtedy spalił, a kilku zawodników z najlepszymi wynikami sprzed igrzysk się na nich nie pojawiło.
Zawody z udziałem światowej czołówki w rok po udanych igrzyskach olimpijskich są świetnym sprawdzianem wartości sportowca. Bo poza ciężarem na pomoście musi się zmierzyć z presją rozbudzonych oczekiwań kibiców oraz rządzą rewanżu pokonanych rywali. Którzy zresztą podbijali stawkę, osiągając przed MŚ lepsze od niego wyniki.

Bonk to wytrzymał, pokazał, że psychicznie jest niesłychanie twardym facetem, który wyniki wypracowane w treningowym zaciszu potrafi powtórzyć także w blasku fleszy, przed tysiącami widzów i pod presją rywali. Dokonał zresztą tego w wielkim stylu, zostawiając na pomoście serce, co cechuje sportowców wybitnych.

Wielki szacunek musi budzić też to, że choć po Londynie stracił kilka miesięcy, gdy z powodu rodzinnego dramatu nie mógł się poświęcić dźwiganiu, to na najważniejszą imprezę roku tak fantastycznie się przygotował.

W podnoszeniu ciężarów nadrobienie długich przerw jest koszmarnie trudne. Bonk musiał więc wykonać przed MŚ katorżniczą, okrutnie bolesną pracę, by sztangę z obciążeniem gwarantującym medal unieść nad głowę. Udowodnił, że fizycznie również jest piekielnie twardy.

Tym startem Bartek Bonk potwierdził, że jest prawdziwym mistrzem, kolejnym gigantem opolskiej (i polskiej) sztangi, obok Stefana Leletki, Tadeusza Rutkowskiego, Krzysztofa Siemiona.