Bartłomiej Bonk wrócił na podium! Powtórka z Londynu

- Normalny cykl treningowy do mistrzostw świata to około pół roku, ja trenowałem praktycznie cztery tygodnie na zgrupowaniu w Spale. W tej sytuacji to, że się pozbierałem, to mój ogromny sukces - mówił po zdobyciu brązowego medalu MŚ Bartłomiej Bonk.


Jeszcze kilka miesięcy temu nie było pewne nie tylko to, czy wystartuje we wrocławskich mistrzostwach świata, ale nawet czy w ogóle będzie jeszcze dźwigał.

Jego kariera sportowa stanęła pod znakiem zapytania po fatalnym porodzie jego żony. Lekarze ze szpitala ginekologicznego - wbrew wskazaniom lekarza prowadzącego - odmówili przeprowadzenia cesarskiego cięcia. Barbara Bonk rodziła siłami natury. Maja urodziła się zdrowa, Julia przyszła na świat z mocnym niedotlenieniem mózgu. Od tamtej pory Bartłomiej Bonk skupiał całą swoją energię nie na sali treningowej, a na kolejnych badaniach swojej córki i przygotowaniach do procesu sądowego. Dźwigać znów zaczął ledwie kilka miesięcy temu i - jak sam podkreślał - "bardziej po to, aby odreagować".

Kiedy w końcu wrócił na pomost, celem numer jeden stały się jednak mistrzostwa świata we Wrocławiu. Marzył, że znów - jak rok wcześniej na igrzyskach olimpijskich w Londynie - stanie na podium.

Minuta po minucie jak wywalczył medal MŚ



Nikt na niego nie liczył

Jednak przed rozpoczęciem mistrzostw polscy działacze i trenerzy mówili o szansie na trzy, cztery medale biało-czerwonych, ale wśród tych, którzy mieli stanąć na podium, mało kto wymieniał Bonka. Mówiło się zwłaszcza o mistrzu olimpijskim Adrianie Zielińskim i trzykrotnym mistrzu świata Marcinie Dołędze. - Chcę wyjść na pomost i zaliczać kolejne podejścia. Najważniejsze, aby zawody były udane, a które miejsce zajmę, okaże się 27 października - podkreślał kilka dni przed startem.

Na pomoście w Hali Stulecia zaliczył pięć z sześciu podejść, a to dało mu upragniony medal. - Nie mogłem się tego spodziewać - mówił po zawodach z szerokim uśmiechem. - Po takim ciężkim roku, jaki mieliśmy, to wielkie osiągnięcie, jestem bardzo szczęśliwa - podkreślała Barbara Bonk. Wraz ze znajomymi i dziećmi - synem Mateuszem i córeczką Majką - zawzięcie kibicowała mężowi.

Powtórka z Londynu

Główną gwiazdą biało-czerwonych miał być jednak Marcin Dołęga. Tymczasem na pomoście powtórzyła się sytuacja z ubiegłorocznej olimpiady. Zawodnik Zawiszy Bydgoszcz trzykrotnie nie poradził sobie ze sztangą ważącą 185 kg i na drugiej części rywalizacji - podrzucie - już się nie pojawił.

Tymczasem Bonk, niesiony dopingiem kilku tysięcy polskich kibiców, dźwigał jak w transie. Kolejne ciężary wyrywał z ogromną wręcz łatwością i nie miało większego znaczenia, czy sztanga ważyła 180, 185 czy 188 kg. Techniczne rwanie to zresztą silna strona Bonka, dość powiedzieć, że po tym boju na igrzyskach był pierwszy, a wczoraj we Wrocławiu drugi. Prowadził główny - obok Dołęgi - faworyt Uzbek Rusłan Nurudinov.

Mały srebrny medal dawał Bonkowi nie tylko świetną sytuację wyjściową przed decydującą walką, ale i ogromną przewagę psychologiczną nad rywalami. Dzięki temu mógł rozpocząć od 210 kg, a kiedy zaliczył ten ciężar, spokojnie czekać na rozwój sytuacji i obserwować, jak wykruszają się kolejni przeciwnicy.

Kiedy wreszcie przyszła jego kolej i dźwignął sztangę ważącą 216 kg, stało się już niemalże pewne, że przywiezie medal do Opola. W trzeciej próbie nie zaliczył już 218 kg, ale to nie miało wielkiego znaczenia, bo choć przeskoczył go jeszcze Rosjanin David Bedzhanyan, to i tak był szczęśliwy, że stanął na wymarzonym podium. - Bardzo pomogli mi kibice, atmosfera na zawodach była fantastyczna, a przy takiej widowni sztanga wydawała się lżejsza - podkreślał zawodnik Budowlanych.

Kibice pomogli mu zresztą podwójnie, bo dochód ze sprzedaży biletów na wrocławskie zawody zostanie przeznaczony na leczenie i rehabilitację jego córeczki. Bonk odwdzięczył się fanom ciężarów najlepiej, jak potrafił i zdobył jedyny polski medal na tych mistrzostwach.

W niedzielę w kategorii superciężkiej (+105 kg) startowali jeszcze dwaj inni zawodnicy Budowlanych Opole Daniel Dołęga (młodszy brat Marcina) i Kornel Czekiel, którzy zajęli jednak odległe miejsca - dziewiąte i dwunaste.