Ekstremalne pływanie opolanina. Sport czy szaleństwo? [WIDEO]

- Kiedy nie mogę iść na trening, kupuję 20 worków z lodem, przesypuję do wanny i wchodzę na 10 minut. Żeby nie wypaść z rytmu, przynajmniej raz w tygodniu muszę mieć kontakt z lodowatą wodą - opowiada opolanin Michał Moś, który w marcu wystąpi w mistrzostwach świata w pływaniu zimowym w fińskim Rovaniemi.
Pływanie zimowe (zwane też ekstremalnym, w zimnej lub w lodowatej wodzie) to stosunkowo młoda dyscyplina sportu. Marcowe mistrzostwa świata będą dopiero dziewiątą edycją. Zawody odbywają się co dwa lata, najczęściej w Finlandii (szósty raz), ale także w Anglii i Słowenii, a ostatnią edycję rozegrano na Łotwie, zaś Puchary Świata rozgrywane są na Syberii.



Tym razem amatorzy tej dyscypliny spotkają się w Rovaniemi, stolicy Laponii, przy kole podbiegunowym, czyli w mieście słynącym ze św. Mikołaja i ekstremalnych temperatur. Nic dziwnego, że wybrano tę lokalizację, bo zgodnie z przepisami woda musi mieć temperaturę poniżej 5 st. C. W takich warunkach samo wejście do niej jest już nie lada wyczynem, a co dopiero mówić o pływaniu.

Najlepszy sposób na zdrowie

- Kiedy pierwszy raz spróbowałem, ból mięśni, zwłaszcza nóg, był niesamowity, nie mogłem złapać oddechu, ale po trzech treningach wszystko przeszło - śmieje się 35-letni opolanin. - Teraz już zupełnie nie odczuwam tego zimna, a ogromnym plusem jest to, że od dwóch lat, czyli od kiedy uprawiam ten sport, nie byłem nawet choćby przeziębiony - opowiada wychowanek Zrywu Opole, od kilku lat na stałe mieszkający w Anglii.



Tam ma doskonałe warunki do treningów, bo - jak mówi - nie ma co prawda śnieżnych zim, ale klimat jest chłodniejszy niż w Polsce, a niska temperatura wody w otwartych akwenach znacznie dłużej utrzymuje się w okolicy 5 st. C. Ma to ogromne znaczenie, zwłaszcza że każda nawet najmniejsza różnica temperatury w górę lub w dół ma duży wpływ na samopoczucie w wodzie. - Poniżej pięciu z każdym kolejnym stopniem poziom trudności pływania znacznie rośnie. Zmiana jest ogromna, bo np. w temperaturze czterech stopni pływa się jakieś 30 procent trudniej niż przy pięciu - ocenia.

Start w mistrzostwach świata jest o tyle wymagający, że zgodnie z przepisami pływacy mogą mieć na sobie jedynie slipki (nie ma mowy o spodenkach np. do kolan), silikonowy czepek (nie więcej niż jeden) i okularki. Zabronione są wszelkie pianki i inne części stroju. Moś, który specjalizuje się w stylu klasycznym, czyli żabce, musi jeszcze pamiętać, że nie może zupełnie zanurzać głowy, bo to jest nie tylko niezgodne z przepisami, ale może być niebezpieczne.



Najdłuższy i najbardziej prestiżowy dystans na MŚ to 450 metrów, opolanin startuje na krótszych: 25 i 50 metrów żabką i kraulem. - Płynie się praktycznie na jednym oddechu, bo przy takiej temperaturze nie da się inaczej. Tory wycięte są w lodzie, a temperatura powietrza jest znacznie poniżej zera - opowiada. Także pomiar czasu jest nietypowy - stosuje się stopery, bo używany w pływaniu pomiar elektroniczny nie wytrzymuje ekstremalnej temperatury i zamarza.

Najlepszymi zawodnikami są Estończycy, wśród startujących najliczniejsza grupę stanowią jednak Rosjanie, wystąpi ich ponad stu. Dla porównania: z Polski jadą tylko dwie osoby.



Co ciekawe, siedziba światowej federacji tej dyscypliny sportu znajduje się z kolei w... Republice Południowej Afryki. - Choć w tym kraju jest ciepło, mają stosunkowo blisko do Antarktydy i tam pływają - tłumaczy opolanin.

Trening z zegarkiem

Aby odpowiednio przygotować się do startu, Moś dwa razy w tygodniu trenuje w klubie 100% Swimming (w MŚ wystartuje jako reprezentant Zrywu Opole), co ma duże znaczenie, bo w pojedynkę trudno się zmobilizować do ćwiczeń. - Zwłaszcza w niedzielny poranek, gdy pada, a w Anglii jest to częste, ciężko wyjść by pływać w lodowatej wodzie. Kiedy wiem, że będą inni, jest jakoś łatwiej - śmieje się.

Pływa głównie w zbiorniku wodnym pod Lincoln, ale także w innych otwartych akwenach Anglii i Szkocji oraz w morzu Irlandzkim i Północnym. Tam miał okazję sprawdzić się w ekstremalnych warunkach przy temperaturze zaledwie 2 st. C. Pływacy często przed zajęciami muszą rozbić lód, a później uważać na kry.

Trening trwa około 20 minut, maksymalnie pół godziny, dłużej nie da się wytrzymać, byłoby to zresztą także niebezpieczne dla zdrowia, bo grozi hipotermią. Pływacy zimowi mają zresztą sposoby na sprawdzenie, kiedy muszą wyjść z wody. - Jeśli w ciągu pięciu sekund nie jesteś w stanie dotknąć kciukiem wszystkich pozostałych palców po kolei, albo nie możesz zdjąć okularków, to znaczy, że trzeba natychmiast kończyć - mówi Moś.

Co ciekawe, Moś uprawia także triathlon, w którym również pływa się na otwartych akwenach. A poza startem w MŚ ma w planie także najbardziej ekstremalny wyczyn w tym sporcie, czyli przepłynięcie dystansu jednej mili. Jak na razie dokonało tego jedynie 78 osób na świecie, z czego cztery właśnie z klubu 100% Swimming.



Dla przeciętnego człowieka dyscyplina ta przypomina morsowanie, ale jak podkreśla pływak, to coś zupełnie innego. - Morsy tylko wchodzą do wody, zamaczają się i stoją, a nie płyną. Używają zresztą czapek, rękawiczek i piankowych skarpetek, my tylko samych slipek i czepka - tłumaczy.

Nie chcą na olimpiadę

Chyba najbardziej zaskakujące jest to, że pływacy zimowi nie chcą, aby ich sport został dyscypliną olimpijską (są plany, aby włączyć go do programu igrzysk zimowych). W odróżnieniu od innych sportów, które latami starają się o znalezienie się w gronie olimpijskim, im zupełnie na tym nie zależy. - W założeniach ma to być sport amatorów, który uprawia się dla przyjemności, a ewentualne wejście na igrzyska sprawi, że zawodowi pływacy zaczną "przenosić" się do tej konkurencji. Wówczas zupełnie straci ona amatorski charakter - kończy opolanin.



Więcej o: