Opolanin kibicował w Soczi: To była najlepsza z moich 13 olimpiad! [ZDJĘCIA]

W niedzielę zakończyły się zimowe igrzyska olimpijskie w Soczi. Nie mogło na nich zabraknąć Zdzisława Zielonki z Grodkowa. To były już trzynaste igrzyska, na których kibicował biało-czerwonym. Pierwszy raz robił to 34 lata temu w Moskwie, a od 1992 roku, czyli od igrzysk w Barcelonie, nie opuścił żadnej olimpiady.
Wydawałoby się, że trzynastka na liczba pechowa. Ale nie w przypadku igrzysk w Soczi.

- W życiu bym nie przypuszczał, że to wszystko tak pięknie się skończy. Przez wcześniejsze 90 lat rozgrywania zimowych igrzysk mieliśmy dwa złota, a tyle samo zdobyliśmy w odstępie kilku godzin, podczas jednego dnia zmagań - zauważa pan Zdzisław. Ma na myśli sobotę 15 lutego, kiedy Zbigniew Bródka wygrał rywalizację panczenistów, a potem Kamil Stoch triumfował na dużej skoczni w skokach narciarskich.

Kataloński bakcyl

Po raz pierwszy przyglądał się olimpijskim zmaganiom w Moskwie w 1980 roku. Jednak to podczas wyjazdu do Barcelony, stolicy Katalonii, połknął bakcyla, który sprawił, że nie wyobraża sobie tego, by co dwa lata nie uczestniczyć w tym sportowym święcie.

Od dłuższego czasu nawet komentatorzy i polskie media rozpoznają go jako stałego kibica. Podczas relacji z Soczi operatorzy kamer często "wyłapywali" go z tłumu, kiedy dopingował Polaków z flagą Klubu Olimpijczyka Olimp Grodków. Tą samą, na której umieszczone były wizerunki jego faworytów do medalu, czyli Justyny Kowalczyk i Kamila Stocha.



- Choć skłamałbym gdybym powiedział, że Stoch wróci z takim dorobkiem. Liczyłem choć na jeden krążek, bo skoki narciarskie to strasznie loteryjna dyscyplina. Co do Justyny, to było widać, że cierpi podczas swoich startów, że to już nie jest taka radość jak kiedyś, ale tym bardziej należy jej się szacunek za to, czego dokonała - wyjaśnia.

I faktycznie miał nosa, albowiem był świadkiem tych startów, gdy Polacy zdobywali trzy złote medale. Nie oglądał jedynie triumfu Zbigniewa Bródki.

- Widziałem go za to na żywo dwa dni wcześniej, gdy ścigał się na 1000 metrów i zajął 14. miejsce, więc medalistę w akcji i to szczęśliwe lodowisko zobaczyłem - podkreśla z tym większą dumą, iż polscy panczeniści zdobyli w tym obiekcie jeszcze srebro i brąz w rywalizacji drużynowej, odpowiednio kobiet i mężczyzn.



Miał też możliwość wejścia do wioski olimpijskiej, ale nie był zainteresowany. - Taki po prostu mam zwyczaj, że dopiero po igrzyskach spotykamy się ze sportowcami w gronie kibiców, wtedy najspokojniej i najprzyjemniej - wyjaśnia Zielonka.

Nawet toalety były imponujące

Jego pierwszą zimową olimpiadą były igrzyska w Lillehammer w 1994 roku. - Do Norwegii jechałem po prostu po to, żeby zobaczyć, jak wygląda w ogóle tego typu impreza. W Nagano stawiłem się, żeby zobaczyć, jak to się robi w Japonii i jak wygląda ten kraj - opowiada.

Na kolejne zawody jeździł już z nadziejami na sukcesy Polaków. - Choćby w Salt Lake City prawo do tego dawała mi postawa Adama Małysza i faktycznie widziałem jak zdobył brąz i srebro. W Vancouver zdobyliśmy sześć medali i mogłem czuć się w pełni zadowolony, ale nigdy nie spodziewałem, że tak wspaniale zaprezentujemy się właśnie teraz, w Soczi - nie kryje grodkowianin.



To, co widział w Rosji, było dla niego zachwycające. - To była chyba najlepsza olimpiada jaką widziałem. I to pod każdym względem. Organizacyjnie Rosjanie spisali się super. Podam choćby przykład dojazdu na poszczególne starty: wystarczyło bowiem dojść do dworca w mieście, a stamtąd można było się dostać na każde zawody, bo na stacji czekały już inne środki transportu, które zawoziły do samego celu - tłumaczy.



Bardzo przydatną rzeczą był tzw. paszport kibica. - Bez tego ani rusz, czy to na zawody czy to do środków transportu. Kontrole może i trwały trochę zbyt długo, ale człowiek czuł się naprawdę bezpiecznie, a ochraniano nie tylko areny sportowe - podkreśla Zielonka.

Największe wrażenie zrobił na nim park olimpijski. - Tak pięknego nie widziałem nigdzie, a chyba, wiem co mówię. To było naprawdę imponujące. Począwszy od supernowoczesnych obiektów, skończywszy na tak szeroko komentowanych toaletach. W nich też wszystko przekraczało nawet XXI wiek - ocenia z przymrużeniem oka.



Medalista z Nagano

Zielonka ciekawą przygodę przeżył także w drodze na jedne z zawodów. Natknął się na jednego z najwybitniejszych łyżwiarzy szybkich w historii.

- Rozmawiałem z trójką Japończyków i wyjawiłem, że u nich w Nagano też byłem. I wtedy jeden z nich skromnie przyznał, że on też tam był. A nawet startował i zdobył dwa medale. Potem się przedstawił i okazało się, że to Hiroyasu Shimizu [złoto na 500 metrów i brąz na 1000 metrów - przyp. red.]. Wówczas nie "zaskoczyłem", ale jak wróciłem do domu i zajrzałem do albumu to okazało się, że byłem wówczas osobiście świadkiem jego triumfu, a potem się spotykamy się po 16 latach - mówi.



Największą niespodzianką w Soczi było jednak dla niego co innego.



- Chodzi o klimat. Bo jak sobie pomyślę, że niektórzy pływali tu nawet w morzu, to aż dziw bierze, że to były igrzyska zimowe - śmieje się.