Zapaśnik z Namysłowa najlepszym zawodnikiem w historii tej dyscypliny

Mało jest takich hegemonów w sporcie jak Krystian Brzozowski z Orła Namysłów. Właśnie zdobył on 15. mistrzostwo Polski z rzędu, wyrównując rekord legendarnego Andrzeja Wrońskiego. I nie zamierza na tym poprzestawać.
Dla niego triumf na krajowym podwórku jest już zwykłą formalnością. - Z całym szacunkiem, ale gdy myśli się o medalach na takich turniejach jak igrzyska olimpijskie czy mistrzostwa świata, to mistrzostwa kraju nie powinny wzruszać - mówi z uśmiechem.

Zawsze być numerem jeden

- Na początku, gdy jako młody chłopak zacząłem wygrywać z doświadczonymi seniorami, także na olimpiadzie, to miałem ogromną satysfakcję i czułem się naprawdę mocny. Ale tak mniej więcej po siódmym tytule mistrza Polski, to się już do tego przyzwyczaiłem - tłumaczy, ale zaznacza, że dopóki zdrowie pozwoli, to będzie chciał dogonić wielkiego mistrza, a potem może i przegonić.

Po mistrzostwach Europy na początku kwietnia, gdzie odniósł jeden z największych sukcesów w karierze, zdobywając brązowy medal, zastanawiał się, czy w ogóle startować w krajowym championacie. Narzekał na kontuzję. - Może bym sobie odpuścił i odpoczął, ale ciągnęło mnie, żeby ten rekord wyśrubować - zaznacza.

Podkreśla, że w jego obecnych startach dużą rolę odgrywa doświadczenie i fakt, że jest w mocnym treningu. Cały czas chce bowiem podnosić swój poziom, by jak najlepiej być przygotowanym do igrzysk, gdyż stale o nich myśli. Dzięki temu ma motywację, by wciąż przewyższać rywali na krajowych matach.

Nie wie, od jakiego czasu jest niepokonany w Polsce. - Na początku na to nie zwracałem uwagi, ale teraz żałuję, że nie prowadziłem takich statystyk, bo mogłyby być naprawdę imponujące - zastanawia się.

Brąz z kwietniowych ME w Finlandii był dla 32-letniego zawodnika drugim takim krążkiem w karierze. Z pierwszego cieszył się w 2006 r. w Moskwie. Kilkakrotnie uczestniczył także w mistrzostwach świata (najlepsze miejsce to piąte w stolicy Rosji), był również mistrzem i wicemistrzem globu wśród kadetów oraz wicemistrzem juniorów na Starym Kontynencie.

Wymieniłby te medale na podium igrzysk

Te wszystkie triumfy - z perspektywy czasu - oddałby jednak za medal igrzysk olimpijskich. Szczególnie pechowo skończyło się dla niego te w 2004 roku w Atenach, gdzie zajął czwarte miejsce i podium przeszło mu koło nosa. - Tak naprawdę to przegrałem przez jakiś niuans. Byłem po prostu za mało doświadczony i spaliłem się. Nie, że jakoś odstawałem od reszty umiejętnościami. Te zawody mnie przerosły. A wtedy byłem tak mocny, że gdyby ktoś mi pomógł od tej strony psychologicznej, to mógłbym powalczyć o pierwsze miejsce - uważa.

Długo nie mógł się pogodzić z tą porażką, podobnie jak z piątym miejscem na wspomnianych MŚ w Moskwie. - Tam pojechałem po zwycięskich dla mnie wojskowych mistrzostwach świata, ale długo nie wiedziałem, że pojadę. Trenerem kadry był wówczas Marek Garmulewicz, z którym mieliśmy konflikt, wyrzucał mnie z kadry. Później, gdy zobaczył, że na zawodach wojskowych wygrałem, to mnie powołał w ostatniej chwili i mówił, że daje mi szansę. A tak naprawdę to przez te sześć lat wzajemnej współpracy, nawet gdy wygrywałem, to zawsze mówił, że udało mi się, bo przeciwnicy byli słabi. I w ten sposób się wypalałem - wspomina z rozżaleniem Brzozowski.

Zaznacza, że w znacznej mierze przez te konflikty stracił szansę na start w igrzyskach olimpijskich w Londynie. - Była szansa, by walczyć o medal, a miałem tak zaniżony poziom treningu, że nawet się nie zakwalifikowałem - wyjaśnia.

Później z tego powodu miał przerwę w startach międzynarodowych. Dużo wówczas pomógł mu fakt, że od 2010 r. pracuje jako żołnierz zawodowy w poznańskiej jednostce wojskowej Sił Powietrznych Lotnictwa Taktycznego. - Nie wiem, czy gdyby nie ten etat, to czy wciąż bym trenował zapasy - podkreśla.

Tym bardziej że po tym, gdy nie załapał się do Londynu, podziękowano mu za współpracę w Górniku Łęczna, którego reprezentował 11 lat. - Forma rozstania się z nimi nie była zbyt miła. Byłem w ich barwach na dwóch olimpiadach, wywalczyłem podium mistrzostw Europy, wiele medali mistrzostw kraju, a gdy się nie dostałem na igrzyska, to przysłali mi pismo, że już nie współpracujemy. Wyrzucili mnie jak śmiecia - wciąż złości się nasz zapaśnik. Powrócił wówczas do macierzystego Orła Namysłów.

Zapasom zawdzięcza chyba wszystko

Nie zawsze jednak trafiali mu się tacy trenerzy jak Garmulewicz, z reguły umiał się z nimi porozumieć. Od kiedy w kadrze głównym szkoleniowcem jest Yusup Abdusalamov, znów i dla niego jest w niej miejsce. - Powiem szczerze, że te ostatnie sukcesy to w znacznej mierze jego zasługa. I choć niedawno zdobyłem medal mistrzostw Europy, to on mnie cały czas motywuje. Widzi, że coś jeszcze można ze mnie wyciągnąć. Czy zwycięstwo, czy porażka, zawsze szuka dobrych stron, a później na treningu analizujemy, poprawiamy, aż przyjemnie się pracuje. Dzięki temu też wierzę, że jestem jeszcze w stanie powalczyć o medale MŚ i igrzysk w Rio de Janeiro - wyznaje.

Naszemu zapaśnikowi sprzyja też powrót do starych przepisów, premiujących zawodników aktywnych. - Jestem zawodnikiem atakującym i kontrującym. Dzięki pierwszej części odskakuję na kilka punktów, a potem przeciwnik musi odrabiać, ja robię kontry i jeszcze bardziej odskakuję - tłumaczy Brzozowski, którego znakiem firmowym jest tzw. wózek.

Dużo zawdzięcza także ukraińskiemu trenerowi Wiktorowi Kanieginowi, który prowadził go przez pierwsze dwa lata przygody z zapasami w Namysłowie i tak nauczył techniki, że szybko był najlepszy na świecie wśród kadetów. A potem pod swe skrzydła przejął go Krzysztof Pawlak, któremu również wiele zawdzięcza. - On robi najlepszą robotę w Polsce. Poświecił życie niemalże dla tego sportu. Nie ma takiego drugiego trenera - chwali.

Co ciekawe, jednak do zapasów w pewien sposób przekonał go słynny Andrzej Wroński, którego rekord właśnie wyrównał. - Gdy miałem sześć lat, w telewizji transmitowano jego finałową walkę z olimpiady w Seulu. Zobaczyłem tego wojownika i od razu poczułem, że też bym tak chciał i to pozostało w świadomości - wyjawia Brzozowski.

Podkreśla, że zapasy miały ogromny wpływ na jego życie, bo dorastał w nieciekawej okolicy. - Widziałem, że pracując sumiennie, można wiele zyskać. Zaangażowałem się maksymalnie i powoli odcinałem się od tego, co się działo na podwórku. Dzięki temu jestem teraz, kim jestem - podkreśla.