Dlaczego Garbowski odgwizdał sobie koniec sędziowania?

Jedyny polski poseł - arbiter piłkarski prowadził mecze zarówno w najniższej klasie B, jak i w polskiej ekstraklasie, a nawet w rozgrywkach Ligi Europy. Ale postanowił ?odgwizdać koniec spotkania? i skupić się na działalności politycznej
Jacek Konopacki: Dlaczego nie chce pan już sędziować meczów piłkarskich?

Tomasz Garbowski: Coś się zaczyna, coś kończy i w końcu przyszedł moment, że trzeba podjąć decyzję o zakończeniu tej przygody. Są inne, ważniejsze priorytety w życiu, a nie jestem w stanie wszystkiemu poświęcić tyle czasu, ile bym chciał. Z tego powodu, mimo iż w poniedziałek dostałem przydział na sędziowanie meczu w I lidze na niedzielę, uznałem, że najwyższy czas powiedzieć "dość".

Oczywiście ta decyzja dojrzewała już od jakiegoś czasu, nie podjąłem jej nagle z dnia na dzień i nie ukrywam, że było to bardzo trudne.

Czas poświęcić się polityce?

- Czekają mnie nowe wyzwania: praca społeczna, zawodowa, ale będę też miał w końcu więcej czasu dla rodziny, bo od wielu lat weekendy spędzałem poza domem. Przede mną ważne wyzwania w kontekście wyborów samorządowych i chciałbym się poświęcić temu w większym stopniu, także jeśli chodzi o rozwój opolskiego sportu.

Również aspekt etyczny miał wpływ, bo jest pewien konflikt interesów, że jako kandydat na prezydenta Opola, gdzie jest klub piłkarski, jestem także sędzią piłkarskim. Uznałem, że trzeba z tym skończyć.

Ile mogło być meczów, które pan poprowadził w karierze?

- Powiem szczerze, że nie prowadziłem statystyk, ale będzie gdzieś tego w okolicach tysiąca, więc to naprawdę dużo. Spełniło się wszystko, co planowałem, kiedy miałem 17 lat, i zaczynałem przygodę z sędziowaniem. Marzyłem o ekstraklasie i czuję się usatysfakcjonowany, spełniony, że udało mi się dojść tak wysoko. Do tego tak się złożyło, że na dwóch meczach międzynarodowych w Lidze Europy, gdzie byłem technicznym, sędzia Marcin Borski doznał kontuzji, więc miałem okazję je prowadzić. Jego nieszczęście było mim szczęściem (śmiech ).

To jednak chyba nie całkowity koniec ze sportem?

- Nie ma mowy. Już dawno sobie powiedziałem, że kiedy skończę z sędziowaniem, to będę dalej trenował. Oczywiście już zupełnie inaczej, bardziej rekreacyjnie, dla siebie. W przyszłym roku zamierzam przebiec półmaraton opolski, a za dwa lata może maraton. Czekają mnie więc jeszcze ciekawe wyzwania sportowe. Poza tym byłem, jestem i będę kibicem piłkarskim.

Jakie mecze zapadły panu w pamięci?

- Najbardziej oczywiście debiut w I lidze, a później w ekstraklasie: czyli najpierw mecz w Gorzowie Wlkp. z Pogonią Szczecin, a potem na Jagielloni Białystok, no i oczywiście ta wspomniana Liga Europy. To niezapomniane spotkania, tym bardziej że miałem okazję sędziować w kolebce piłki nożnej w Anglii, w Birmingham, a drugi mecz w niezwykle żywiołowym Stambule.

A najbardziej przykre wspomnienie?

- Nie ma wątpliwości, że sędziowanie to trudna profesja, właściwie polega na minimalizowaniu błędów. Największy popełniłem na meczu w Katowicach, kiedy pokazałem piłkarzowi dwie żółte kartki, a nie dałem czerwonej. Nie życzę tego żadnemu sędziemu, to lekcja dla innych kolegów, że cały zespół pracuje, bo główny może się pomylić, więc pozostali powinni czuwać.

W ciągu tych lat nasłuchał się pan też sporo obelg. To chyba najtrudniejsza część pracy sędziego?

- Najgorsze są początki, kiedy trzeba przetrwać sędziowanie w najniższych ligach. Tam wyzwiska kibiców są dobrze słyszalne, to prawdziwy chrzest bojowy dla sędziów. Też tego oczywiście doświadczyłem, na początku to przeżywałem, ale później się uodporniłem. Trzeba umieć wytrzymać presję ze strony kibiców, działaczy, trenerów, piłkarzy, a to nie jest łatwe.

Profesja sędziego to dobra nauka do pełnienia funkcji publicznych, uczy żyć ze stresem, nie bać się go i podejmować trudne decyzje. Mam nadzieję, że będzie coraz więcej młodych sędziów i nie zrażą się oni do tego, bo to naprawdę bardzo ciekawe.