Prezydent Opola zmotywuje sportowców? Będą nagrody i kary dla klubów

Rewolucyjną zmianę w rozdzielaniu wsparcia dla opolskich klubów sportowych zapowiedział w czwartek na sesji rady miasta prezydent Ryszard Zembaczyński. - Będziemy dotować tych, którzy osiągają sukcesy, i zabierać tym, którzy spadają. Musi być kara i nagroda - stwierdził.
Trudno nie odczytać tego jako wyraźnego ostrzeżenia dla trzech największych i najpopularniejszych klubów w mieście, które w tym roku otrzymały najwyższe dotacje: Odry, Gwardii i Kolejarza. W sumie dostały one przeszło 1,3 mln zł, czyli grubo ponad połowę całej kwoty przeznaczonej na dofinansowanie sportu seniorskiego. Tymczasem ich wyniki w minionych/trwających rozgrywkach są - delikatnie mówiąc - niezadowalające.

Piłkarze i szczypiorniści zakończyli sezon w strefie spadkowej i w przyszłym zagrają klasę niżej. Ten sam los czekałby zapewne żużlowców, ale w ich przypadku nie da się już spaść niżej, niestety wygląda na to, że zakończą rozgrywki na ostatnim miejscu w ostatniej lidze, czyli przypadnie im niechlubne miano najgorszej drużyny żużlowej w kraju.

Wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku kluby "zapłacą" za te słabe rezultaty i trudno w tej kwestii nie przyznać racji prezydentowi Opola. Skoro po ubiegłorocznych awansach do wyższych lig zarówno Odra, jak i Gwardia dostały spore "podwyżki" (piłkarze o 120 tys. zł, a szczypiorniści o 185 tys. zł), to dlaczego po spadku nie miałyby dostać mniej pieniędzy?

Zwłaszcza że przy podziale środków w latach wcześniejszych wynik sportowy niemalże nie był brany pod uwagę, a dotacje często były rozdzielane niezależnie od tego, które miejsce i w jakiej lidze zajmowały nasze drużyny. W ten sposób Odra dostawała najwięcej, zarówno gdy występowała w I, jak i w IV lidze. Zmiana zasad to z kolei dobra wiadomość dla innych klubów z Opola, choćby siatkarek, ciężarowców, hokeistów czy lekkoatletów, którzy w ostatnich latach osiągają dobre rezultaty, bo zgodnie z tym mogą teraz liczyć na większe pieniądze od władz miasta.

Moim zdaniem lepiej byłoby pójść jednak o krok dalej - nie tylko nagradzać i karać kluby za wyniki, ale ustalić nareszcie przejrzyste zasady podziału dotacji. Największym kłopotem Opola jest bowiem ich brak, a powoduje to, iż praktycznie rok w rok niektórzy działacze narzekają, że podział jest niesprawiedliwy, a władze kierują się głównie osobistymi sympatiami lub antypatiami.

Warto byłoby w końcu to zmienić, wprowadzając kilka czy kilkanaście jasnych kryteriów (np. poziom sportowy, wyniki, ilość szkolonej młodzieży i wychowanków, zainteresowanie kibiców, perspektywy rozwoju, koszty uprawiania danej dyscypliny, baza, medialność, transmisje telewizyjne itp.), na ich podstawie przyznawać punkty i dopiero wówczas dokonywać rozdziału środków.

Władze miasta skorzystałyby na tym podwójnie, bo po pierwsze urzędnikom byłoby po prostu łatwiej dzielić pieniądze, a po drugie nikt nie mógłby zarzucić im stronniczości. Warto dodać, że tak jest m.in. w przypadku dotacji na sport młodzieżowy, a dzięki temu nie zdarzyło się jeszcze, aby ktoś miał pretensje o zły rozdział, czy stronniczość (oczywiście poza faktem, że wszyscy narzekają, iż pieniędzy jest generalnie zbyt mało).

Jeden z kandydatów na prezydenta Opola, Tomasz Garbowski, proponuje stworzenie długofalowej strategii rozwoju sportu w mieście i na jej podstawie podejmować decyzje o priorytetach oraz podziale finansów. Taki długofalowy projekt wydaje się być bardzo dobrym rozwiązaniem. Tym bardziej że jego częścią miałoby być również zwiększenie wydatków sportowych z budżetu miasta z 0,4 proc. do około 1,5 proc., co oznaczałoby sumy, za które naprawdę można wprowadzać zmiany. Problem w tym, że w przypadku sportu - i nie tylko - wielokrotnie już kończyło się jedynie na obietnicach.