Paweł Zatorski: Już nie mogę doczekać się nowego sezonu

- Dopiero teraz dociera do nas, jak duży to był sukces i ile radości wlało to w serca Polaków. To bardzo miłe, kiedy obcy ludzie nam gratulowali nam, choć często przyznawali, że na siatkówce się nie znają - mówi siatkarz Zaksy Kędzierzyn-Koźle, mistrz świata Paweł Zatorski.
Mówi libero Zaksy Paweł Zatorski:

Łukasz Baliński: Od mundialu minęły już blisko dwa tygodnie, ale wciąż chyba nie dają panu o nim zapomnieć...

Paweł Zatorski: Ciągle jeszcze wspominam ten turniej, przecież to było wielkie wydarzenie nie tylko dla nas, ale i dla wszystkich Polaków. Tak naprawdę dopiero teraz, już po jego zakończeniu, dowiadujemy się o skali tego wszystkiego, bo w trakcie zmagań wiedzieliśmy, iż jest duże zainteresowanie, ale nikt się nie spodziewał, że aż takie. Przecież nasze mecze śledziło kilka tysięcy ludzi w hali, kilkadziesiąt tysięcy kibiców pod halą i w strefach kibica w różnych miastach. Dopiero teraz dociera do nas, jak duży to był sukces i ile radości wlało to w serca Polaków. To też jest bardzo miłe, kiedy obcy ludzie, i to zarówno tutaj w Kędzierzynie-Koźlu, w mojej rodzinnej miejscowości, czy też jak byłem na kilkudniowych wakacjach, gratulowali nam w każdej sytuacji, choć często przyznawali, że na siatkówce się nie znają.

Kiedy uwierzyliście w to, że złoto jest możliwe?

- Chyba dopiero wtedy, gdy je zdobyliśmy (śmiech). Tym bardziej że trzeba było przez kilka dni przetrawić ten sukces. A tak naprawdę to do samego końca nie wierzyliśmy, że nas stać aż na taki sukces i myślę, iż w pewien sposób to było też naszą siłą, bo nie czuliśmy na sobie aż tak ogromnej presji, że musimy koniecznie sięgnąć po ten najważniejszy medal. Choć oczywiście presja była ogromna, bo jednak ten balon wokół nas był cały czas pompowany. Taki jest jednak sport i presja musi się łączyć z tym, co robimy, ale na szczęście udźwignęliśmy ją. A już kiedy awansowaliśmy do tej trzeciej rundy, czyli do szóstki, to tak naprawdę poczuliśmy, że już zrobiliśmy plan minimum i nie będzie już takiej wielkiej klapy. A potem wszystko szło po kolei: awans do półfinału, finał i wreszcie pierwsze miejsce... to były wielkie kroki, które dobrze wykonywaliśmy.

Słowa drużyna było odmieniane przez wszystkie przypadki. Co by pan jeszcze dodał do tych najważniejszych czynników, które zadecydowały o triumfie?

- Myślę, że ogromna waleczność, którą pokazaliśmy na boisku. Często plątały nam się nogi, gdy chcieliśmy walczyć o każdą piłkę, przewracaliśmy się, ale mimo to nie poddawaliśmy się i nie okazywaliśmy słabości. Nawet kiedy były trudne momenty, jak np. w spotkaniach z Iranem czy z Niemcami, w których to uciekaliśmy rywalom, a oni nas doganiali. Nie dawaliśmy po sobie poznać strachu i to też było ważne.

Cały czas było tak trudno?

- Na pewno pierwsza runda był zdecydowanie łatwiejsza, bo za przeciwników mieliśmy Wenezuelę czy Kamerun. Były też tak przyjemne momenty, jak mecz otwarcia na Stadionie Narodowym, ale to też było połączenie przyjemnego uczucia z presją, bo wiedzieliśmy, że wokół jest tłum kibiców i trzeba podołać odpowiedzialności.

Za chwilę zaczyna się sezon ligowy. Jest już głód siatkówki, czy przydałoby się jeszcze trochę wolnego?

- My mamy siatkówkę przez cały rok i jesteśmy do tego praktycznie przyzwyczajeni, tak że kilka dni wystarcza nam, by zatęsknić za piłką. Przyznam, że ja już czekałem, by wreszcie dołączyć do nowych kolegów. Na początku, kiedy przyjechałem do miasta i trafiłem do pustego mieszkania, to nie mogłem już doczekać się następnego dnia, gdy ruszę na zajęcia z chłopakami (śmiech).

Trener Sebastian Świderski zaznacza jednak, że na początku sezonu da odpocząć swoim "złotkom".

- Ci, którzy mają zmienników, mogą oczekiwać jeszcze na chwilę taryfy ulgowej, ja jednak liczę na to, że będę grał od początku i szybko wejdę w sezon.