Orlik rewelacją ekstraligi. Nie sprawdził się czarny scenariusz

Amerykański bramkarz Orlika John Murray jest obecnie najlepszym golkiperem w hokejowej ekstralidze

Amerykański bramkarz Orlika John Murray jest obecnie najlepszym golkiperem w hokejowej ekstralidze (Fot. Mariusz Materlik)

Przed debiutanckim sezonem w ekstraklasie można było mieć obawy, czy hokeiści z Opola nie będą notorycznie przegrywać. Jak na razie spisują się całkiem nieźle. Ich przyszłość zależy jednak tak naprawdę od nowych władz miasta i regionu.
Zanim Orlik wyszedł na lód, wielu kibiców - i nie tylko - przewidywało, że ekstraklasa to zbyt wysokie progi, a opolanie będą przegrywać mecz za meczem. Na szczęście obawy się nie sprawdziły, a już w połowie pierwszej części sezonu zasadniczego śmiało można stwierdzić, że Orlik jest jedną z największych niespodzianek. Nie przeszkodził w tym fakt, że klub ma jeden z najniższych budżetów i jedną z najmłodszych drużyn w PHL, a większość graczy dopiero zadebiutowała na tym poziomie.

Siedem dotychczasowych zwycięstw i 12 porażek to jak na beniaminka bilans lepszy, niż można było przewidywać. Zwłaszcza że było kilka niespodzianek, a Orlik m.in. rozgromił Cracovię i pokonał mistrza Polski z Sanoka. Bywały jednak też zaskoczenia na minus, jak porażki z niżej notowanymi Polonią Bytom i Naprzodem Janów.

Wszystko wskazuje na to, że opolanie będą walczyć z Unią Oświęcim i Naprzodem o szóste miejsce na koniec pierwszej rundy, gwarantujące grę w grupie mistrzowskiej. Pytanie tylko, czy to się im opłaca?

Lepiej siódme niż szóste?

Paradoksalnie, patrząc z perspektywy kibiców, korzystniej jest bowiem zakończyć tę rundę na niższej pozycji, dzięki czemu w kolejnej trafia się na teoretycznie łatwiejszych rywali (7.-10. miejsce w tabeli). Wówczas można się spodziewać wielu zwycięstw, o co w grupie silniejszej będzie trudno.

Z drugiej strony czołówka ma już zapewniony udział w play-off, pozostali muszą o niego walczyć. Prezes Orlika podkreśla, że w klubie nie kalkulują w ten sposób. - Skoro jest szansa na szóstkę, to chcemy ją zdobyć. Potencjał zespołu jest duży, pokazaliśmy w kilku meczach, że możemy wygrywać z najlepszymi, a naszym celem na ten sezon jest play-off. Nie ma więc mowy o odpuszczaniu - zaznacza Dariusz Sułek. Obecnie opolanie są na miejscu siódmym i mają aktualnie cztery punkty straty do szóstej Unii.

Amerykańska gwiazda

Nie ma wątpliwości, że duża w tym zasługa bramkarza Johna Murraya, który jest transferowym strzałem w dziesiątkę. - Kiedy John dobrze broni, jesteśmy w stanie wygrać z każdym. To najlepszy obecnie bramkarz w ekstralidze - zauważa prezes, a ma to potwierdzenie w statystykach, w których Amerykanin przewodzi. Klasę pokazał zwłaszcza w meczu z Podhalem Nowy Targ, w którym padł bardzo rzadki w hokeju wynik, bo jedyny gol zdobyto dopiero w serii rzutów karnych (opolanie wygrali 1:0).

Z pozostałych naszych hokeistów statystycznie najlepiej wypada jego rodak Joseph Harcharik (8 bramek i 7 asyst), Rosjanin Stanisław Virolajnen (6+5) oraz Maciej Rompkowski (5+5), Łukasz Korzeniowski, Mateusz Sordon i Filip Stopiński (po 9 punktów). W kadrze Orlika poza wspomniana trójką stranieri są jeszcze dwaj Rosjanie: Nikita Semiannikow i Wiaczesław Kozub. Już w trakcie sezonu odeszli z kolei ich rodak Anton Tichomirow i Kanadyjczyk Kyle Mariani. - Nie spełniali naszych oczekiwań, zagraniczni hokeiści powinni się wyróżniać, a oni byli na podobnym poziomie jak Polacy. Lepiej więc stawiać na wychowanków, którzy są tańsi i bardziej związani z klubem - zauważa prezes.

Być może niedługo pojawią się kolejni stranieri, bo Orlik testuje pięciu graczy, a zainteresowany jest zwłaszcza Finem (grał w Holandii i Danii) i Słowakiem (występował w tamtejszej ekstralidze i II lidze). - W Polsce rynek zawodników jest mocno wydrenowany, a za granicą zbyt duży i trudno kogoś wybrać. Zwłaszcza że hokeiści mają wysokie wymagania finansowe, a do tego nie chcą być testowani, tylko od razu podpisywać umowy, niezależnie od aktualnej formy - opowiada Sułek.

Grają wychowankami

Generalnie kadra Orlika oparta jest więc na wychowankach. To powoduje, że mamy jedną z najmłodszych (średnia wieku około 22 lata) i najmniej doświadczonych drużyn, trudno też o stabilną formę młodych zawodników.

Sporym kłopotem jest również przestawienie ich z realiów I ligi na ekstraklasę. - Liczba meczów i treningów jest nieporównywalna. Kiedyś nasi chłopcy ćwiczyli wieczorem, po pracy czy szkole, półtorej godziny dziennie, a grali w sobotę i niedzielę. Teraz bywają nawet cztery treningi: rano i wieczorem na lodzie, a w międzyczasie siłownia i zajęcia na sucho, a do tego są trzy mecze w tygodniu. W tej sytuacji trudno połączyć grę z pracą, a koszty utrzymania zespołu są dużo wyższe - tłumaczy prezes.

Wierzą w obietnice wyborcze

To właśnie kwestie finansowe wydają się być kluczowe, jeśli chodzi o przyszłość Orlika. A najważniejszym pytaniem jest: czy wystarczy pieniędzy, by dokończyć sezon?

- Nie bierzemy pod uwagę, aby tak się nie stało - podkreśla stanowczo Sułek. Przyznaje jednak, że jest ciężko. - Budżet jest mocno napięty, staramy się oszczędzać, ale niestety wiele opłat jest wyższych, niż zakładaliśmy. Mieliśmy nadzieję, że dziką kartę opłacimy w ratach, a musieliśmy od razu wyłożyć 100 tys. zł. Większe niż w I lidze są także koszty zgłoszenia zespołu, licencji, sędziów itp. Więcej musieliśmy zapłacić za sprzęt i zawodników zagranicznych. Generalnie utrzymanie klubu to około 100 tys. zł miesięcznie - informuje.

Najtrudniejszy będzie początek przyszłego roku, bo choć Orlik zapewne otrzyma kolejną dotację od samorządów, nie wiadomo jak dużą i - co nie mniej ważne - kiedy. A sezon pędzi: w listopadzie hokeiści zagrają jeszcze trzy mecze, w grudniu siedem (m.in. dzień przed Wigilią, dzień przed Sylwestrem i 2 stycznia) i do połowy stycznia kolejne siedem oraz następne już w drugiej rundzie. - Przed wyborami kandydaci na prezydentów i radnych wiele obiecywali, liczymy więc, że się z tego wywiążą i dostaniemy jakąś większą dotację - mówi prezes.

Liczą na kibiców

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o kibicach, który także mają wpływ na finanse. Mecze na Toropolu ogląda czasem nawet około 800 widzów, ale są i takie, gdy przychodzi ich ledwie 300. Średnio pojawia się w granicach 500 kibiców, co w porównaniu do innych miast nie jest najgorszym rezultatem (dla przykładu mecz Orlika w Krakowie oglądało tylko 200 osób). Najgorsza frekwencja jest we wtorki, lepiej w piątki i niedziele. - Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się nieco większego zainteresowania. Przyznaję, że nie reklamujemy się jakoś szczególnie, ale to duże koszty, które nie zawsze dają efekty. Taka liczba widzów powoduje, że nawet za mecze u siebie musimy dopłacać. Organizacja wiele kosztuje: około 3,5 tys. sędziowie, ponad 2,5 tys. ochrona, a trzeba jeszcze dwóch lekarzy, w sumie jakieś 7 tys. zł. Aby wyjść na zero, potrzeba więc mniej więcej tysiąca kibiców na trybunach - podsumowuje prezes Sułek.

***

Najbliższe spotkanie Orlika już dziś na Toropolu, tradycyjnie o godz. 18.30. Rywalem opolskich hokeistów będzie outsider rozgrywek HC GKS Katowice, który jak na razie ma na koncie komplet 18. porażek. Można się więc spodziewać pewnego zwycięstwa gospodarzy. Przypomnijmy, że w dwóch dotychczasowych pojedynkach z GieKSą Orlik wygrał 9:1 i 10:1. W listopadzie opolan czekają jeszcze dwa spotkania: w Tychach (w piątek) i w Bytomiu (w przyszłą niedzielę).

Skomentuj:
Orlik rewelacją ekstraligi. Nie sprawdził się czarny scenariusz
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX