Sport.pl

Orlik Opole czarnym koniem ligi hokeja. Ale ten sen kosztuje

Gdyby hokeiści Orlika Opole przez cały sezon grali tak, jak w ostatniej rundzie, plasowaliby się w ścisłej czołówce ekstraklasy. To dobry prognostyk przed decydującą fazą rozgrywek. Niestety, wyniki te nie przychodzą za darmo.
- Z meczu na mecz drużyna będzie się zgrywać i będziemy grać coraz lepiej - zapowiadali u progu sezonu działacze, trenerzy i hokeiści Orlika i trzeba przyznać, że słowa dotrzymali. W czwartej rundzie (rozegranej na przełomie grudnia i stycznia) przegrali zaledwie dwa z dziewięciu meczów, a w tym okresie więcej punktów zdobył tylko JKH GKS Jastrzębie (22); tyle samo co Orlik (18) zdobył mistrz Polski Ciarko Sanok.

Opolanie są bez wątpienia czarnym koniem rozgrywek, raz po raz sprawiali niespodzianki. Wystarczy przypomnieć, że wygrywali z tak renomowanymi ekipami jak Cracovia czy Sanok, w pokonanym polu pozostawiali też wicemistrza kraju GKS Tychy i brązowego medalistę GKS JKH Jastrzębie.

Emocji nie zabraknie

Zanim beniaminek zaczął regularnie wygrywać, musiał zapłacić frycowe. W trzech pierwszych rundach nie brakowało porażek z teoretycznie słabszymi drużynami, przez co Orlik pechowo skończył pierwszą część sezonu na siódmej pozycji i w drugiej fazie zagra w grupie słabszej. Zadecydowała bezpośrednia porażka 2:8 na Toropolu z szóstą Unią Oświęcim.

Mimo to można się w tym sezonie spodziewać jeszcze wielu ciekawych meczów. Teraz opolan czeka rywalizacja z zespołami z miejsc 8.-10. Wczoraj Orlik zmierzył się z outsiderem HC GKS-em Katowice (mecz zakończył się po zamknięciu tego wydania "Wyborczej", wynik na www.opole.sport.pl), w kolejnych dniach czekają nas mecze z Naprzodem Janów (piątek) i Polonią Bytom (niedziela). Naszych zawodników czekają jeszcze trzy takie rundy. A potem przyjdzie faza play-off.

Nie ma nic za darmo

Tak dobre wyniki Orlików nie są dziełem przypadku. Nie ma wątpliwości, że świetna końcówka to zasługa lepszego zgrania zespołu, ale i znaczących wzmocnień: Słowakami Branislavem Fabry i Tomasem Valecko, Ukraińcem Jewgienijem Lymanskym czy Amerykaninem Vladimirem Nikiforovem. Zresztą zawodnicy zagraniczni stanowią o sile opolskiego zespołu, a dość powiedzieć, że najskuteczniejsi są Amerykanin Joseph Harcharik i Rosjanin Stanisław Virolajnen. Na duże pochwały zasługują także wychowankowie opolskiego klubu, m.in. Mateusz Sordon, Arkadiusz Kostek, Łukasz Sznotala, Bartłomiej Bychawski czy Sebastian Szydło. Bez wątpienia gwiazdą numer jeden jest jednak bramkarz John Murray, najlepszy golkiper ekstraklasy, który jeśli ma swój dzień, potrafi niemal w pojedynkę przesądzić o losach spotkania.

Niestety, zagraniczny zaciąg sporo kosztuje, a za wyniki trzeba płacić. Co prawda Orlik - obok Gwardii i Odry - znalazł się wśród sportowych okrętów flagowych miasta i otrzymał pół miliona dotacji z ratusza, ale nie ma wątpliwości, że nie wystarczy to na cały rok działalności. Jako czołowy klub w regionie opolanie mogą liczyć także na przychylność urzędu marszałkowskiego (tuż przed startem sezonu otrzymali 150 tys. zł dotacji). Nie ma wątpliwości, że bez wsparcia dużego sponsora na dłuższą metę klub nie może funkcjonować. Widzą to władze miasta, które przyznając Orlikowi dotację, wyznaczyły działaczom ambitny cel jego znalezienia.

Będzie lodowisko, musi być klub

Choć sezon jeszcze się nie zakończył, niezależnie od pozostałych wyników już można uznać, że to ogromny sukces opolskiego hokeja. Tak dobrego rezultatu nie spodziewali się chyba nawet najwięksi optymiści wśród fanów. A poza wynikami ogromnym atutem klubu jest również rosnąca niemal z każdym spotkaniem stała grupa kibiców regularnie pojawiających się na Toropolu.

Koronnym argumentem za wspieraniem - także finansowym - Orlika może być właśnie lodowisko, które po zakończeniu sezonu ma przejść remont generalny. Trudno się spodziewać, aby po wydaniu 4,6 mln zł na modernizację obiektu władze Opola nie zatroszczyły się o to, by miał tam kto grać.

Więcej o: