Jeden gol, jeden punkt, kilka gramów, albo ułamek sekundy. Oto najwięksi pechowcy naszego sportu

O sukcesie lub porażce w sporcie decyduje często przysłowiowy łut szczęścia, jeden niewielki punkcik, albo setna część sekundy. Sportowcy z Opolszczyzny często niestety przegrywają właśnie tą najmniejszą możliwą różnicą. Zobacz kto miał największego pecha wśród nich.
Marcin Śmieszek po meczu z Piotrkowianiem Marcin Śmieszek po meczu z Piotrkowianiem Fot. Gwardia Opole

Gwardia Opole - jedna bramka

Właśnie tyle zabrakło opolskim szczypiornistom do wywalczenia baraży o utrzymanie w PGNiG Superlidze. W ostatnim spotkaniu sezonu opolanie musieli wygrać lub zremisować na wyjeździe z Piotrkowianinem Piotrków Trybunalski, tymczasem ulegli 29:30 i to rywale cieszyli się z wywalczenia prawa gry w barażach.

Gwardia może sobie pluć w brodę tym bardziej, że w kilku wcześniejszych meczach również zabrakło im jednego gola, aby zdobyć więcej punktów. Wystarczy przypomnieć porażkę 28:29 w Lubinie z Zagłębiem na inaugurację sezonu, remis 30:30 ze Stalą Mielec u siebie, czy przegraną 35:36 w rewanżu z tą samą drużyną. Z drugiej strony trzeba tez przypomnieć minimalnie zwycięstwa gwardzistów z Chrobrym Głogów (27:26), Zagłębiem Lubin (25:24), czy szczęśliwy remis z KPR Legionowo (27:27).

MKS Kluczbork MKS Kluczbork Fot. Michal Grocholski / AG

MKS Kluczbork - jeden punkt

Tyle zabrakło naszym futbolistom do utrzymania na zapleczu ekstraklasy w sezonie 2010/2011. Biało-niebiescy do końca rozgrywek liczyli się w walce o pozostanie w I lidze, niestety w przedostatniej kolejce przegrali przed własną publicznością decydujący - jak się okazało - mecz z Sandecją Nowy Sącz 0:4 i nawet walkower z GKP Gorzów Wlkp. w ostatniej rundzie rozgrywek nie dał im utrzymania.

Najgroźniejszy rywal MKS-u - Temalica Bruk-Bet Nieciecza na finiszu pokonał bowiem Piasta Gliwice 3:1 i o jeden punkt wyprzedził ekipę z Kluczborka, dzięki czemu cieszył się z pozostania w lidze.

Aida Bella - 0,065 sekundy

To znacznie mniej niż mrugnięcie powieką, a właśnie tyle dzieliło opolską łyżwiarkę od awansu do ścisłego, czteroosobowego finału mistrzostw Europy w 2009 roku na dystansie 500 metrów. Bella może mówić o podwójnym pechu, bowiem nie tylko minimalnie przegrała walkę o finał, ale jak się okazało startowała w trudniejszym półfinale, a gdyby liczyły się czasy, a nie zajęte miejsca, wystąpiłaby w decydującym biegu. Ostatecznie opolanka musiała zadowolić się piątym miejscem w ME, co jest jej największym osiągnięciem indywidualnym w karierze.

Siatkarze Stali Nysa walczą o miejsce w play off Siatkarze Stali Nysa walczą o miejsce w play off Fot. Wojciech Otłowski / Agencja Gazeta

Stal AZS PWSZ Nysa - jeden set

Tyle dzieliło naszych siatkarzy od awansu do fazy play-off rozgrywek I ligi w sezonie 2012/2013. Zespół z Nysy w ostatniej kolejce zmierzył się w Kętach z bezpośrednim rywalem miejscowym Kęczaninem, a aby zapewnić sobie miejsce w najlepszej ósemce potrzebował zwycięstwa. Mecz był niezwykle emocjonujący, Stal przegrywała już 0:2, by zwyciężyć dwie kolejne partie i doprowadzić do tie-breaka. W nim niestety nysanie ponownie przegrali - 8:15 i okazali się o jeden punkt gorsza od Kęczanina, więc zamiast grać w play-off musieli walczyć w playout o utrzymanie na zapleczu PlusLigi. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a nasz zespół uniknął spadku.

Krzysztof Siemion na olimpiadzie w Barcelonie w 1992 r. Krzysztof Siemion na olimpiadzie w Barcelonie w 1992 r. Fot. Rafał Mielnik / Agencja Gaz

Krzyszof Siemion - kolejność podejść

Sztangista Budowlanych Opole może mówić o wyjątkowym braku szczęścia, bowiem złoty medal igrzysk olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku przegrał najmniejszą możliwą różnicą. W rywalizacji z Grekiem Pyrrosem Dimasem okazał się gorszy tylko dlatego, że... podnosił sztangę jako drugi. Obaj zawodnicy uzyskali bowiem ten sam wynik 370 kg, mieli także identyczną masę ciała, ale Dimas zdobył pierwsze miejsce dzięki kolejności podejść, bo jako pierwszy dźwigał sztangę w podrzucie, a Siemion wyrównywał jego wynik.

Osiem lat później w Sydney opolan znów miała pecha, a choć podniósł dziesięć kilogramów więcej niż w Barcelonie zajął miejsce tuż za podium.

Szymon Kołecki - półtora kilograma

Siemion to niestety nie jedyny opolski sztangista startujących na igrzyskach, który może mówić o pechu. Podczas olimpiady w Sydney w 2000 roku podwójny niefart spotkał także obecnego prezesa Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów Szymona Kołeckiego. Co ciekawe on także, podobnie jak Siemion osiem lat wcześniej, przegrał złoty medal z reprezentantem Grecji Akakiosem Kakiasvilisem.

W tym przypadku o mistrzostwie olimpijskim zadecydował fakt, że opolanin był o półtora kilograma cięższy od rywala, bo obaj zawodnicy podnieśli tyle samo 405 kg. Kołecki zapewne pokonałby Greka gdyby nie pech w drugiej próbie podrzutu, gdy dźwigając 227,5 kg (gdyby podniósł zdobyłby złoto) doznał kontuzji i nie mógł już dalej walczyć.

Co ciekawe jeszcze mniejszą różnicą masy ciała - bo o zaledwie o 70 gram - brązowy medal igrzysk olimpijskich w Barcelonie przegrał inny zawodnik Budowlanych Andrzej Kozłowski, który ostatecznie musiał zadowolić się czwartą pozycją

Joachim Halupczok Joachim Halupczok

Joachim Halupczok - 6,5 sekundy

Warto jeszcze przypomnieć wcześniejszy olimpijski niefart naszego sportowca - kolarza Joachima Halupczoka. Podczas igrzysk w Seulu w 1988 roku "Achim" wraz kolegami z reprezentacji: Zenonem Jaskułą, Markiem Leśniewskim i Andrzejem Sypytkowskim, tak niewielka różnicą przegrał złoto z zespołem NRD w wyścigu drużynowym na 100 km. Na takim dystansie różnica 6,5 sekundy to wyjątkowo niewiele.